Urodzinkowy bazarek

Rodzice z całych sił robią co tylko się da, żeby zapewnić mi jak największy komfort życia.
Jak to rodzice powiecie nie? No tak ale moi mają podwójnie trudno. Bo mam parę takich cosiów ktosiów nadbagażu. Ci co mnie znają z opowieści rodziców na Fb wiedzą co i jak. Na szybko można poczytać w zakładce „Pomożesz mi walczyć??”. A resztę opiszę jak tylko się ogarnę z choróbskiem płucek moich do końca.

Symbol PECS – Potrzebuje pomocy

Co oni już ze mną nie robili, gdzie nie byli, czego nie próbowali. I różni doktorzy i znachorzy i cuda na kiju i badylu. No ale ja ciągle mam inny plan a moje choróbki jeszcze inny. Jakoś tak walczymy wspólnymi siłami o każdy następny dzień. Każdy jak umie najlepiej. Tata od rana do nocy pracuje, wozi nas od drzwi do drzwi. Mama te drzwi otwiera a czasami i wywarza a jak trzeba nawet przez okno wchodzi. A ja staram się nie przysparzać im dodatkowych problemów no ale to nie takie  czasami proste. Nie umiem im już powiedzieć co chce. No może kurcze umiem ale oni mnie nie rozumieją? Choć czasem to mam taki już mętlik w głowie, że sama nie wiem. Nie dość że ciągle mi się tam zwarcia robią i mam mały problemik z tym, to jeszcze jakieś tam komórki umierają czy coś. No to jak ja mam im mówić mama daj mi tego wykwintnego cukierka w gorzkiej czekoladzie jak ja nie wiem co to jest.. Do tego to wiecie tak widzę trzy po trzy, okulary mnie swędzą, że tak delikatnie powiem. Zresztą okulary okularami ale właśnie te kabelki w głowie szwankują i potem tak jest. Jedno oko na Maroko drugie na Kaukaz  jeszcze mam się na nich patrzeć. Kontakt wzrokowy czy jak oni to mówią utrzymywać. Ile można?

No dobra ale do rzeczy.
Ostatnio moje płuca szwankują.
Niby miało być lepiej z tymi wszystkimi infekcjami jak mi tą rurę w brzuch wszyli no ale jak widać nie jest jakoś wybitnie.  Miałam mniej wymiotować, mniej miało się ulewać i się mniej krztusić no ale nie zawsze jest tak kolorowo jak to w książkach piszą.  Choć podobno pawie są kolorowe ( w sumie to muszę mamie powiedzieć, żeby mi pokazała bo te moje są takie mleczne właściwie). A ja nadal wymiotuje. Zwłaszcza jak się uprą i próbują mnie jednak nauczyć gryźć i połykać. Nie żeby to fajne nie było. Bo ja w sumie lubię bardzo gryźć, zwłaszcza plastelinę i śliniaki. A jeszcze to ma czasami fajne takie smaki i nawet fajne jest jeść i  czuć a to słodycz a to słoność potraw no ale potem to tak mniej fajnie jak mi się wszytko cofa… Wiec bym chciała ale nie chce i tak o ciągle w koło Macieju.
No i na dodatek te moje mięśnie nieszczęsne, ba miejsce na mięśnie… Też mnie nie chcą słuchać i potem dostaje kota. Bo te mięśnie co są w klacie to one mają mi pomagać oddychać i kaszleć i cuda. A one kurcze nie chcą. I na dodatek nie umiem sobie poradzić z tym co tam w środku się tworzy. Czasami nawet z śliną se nie radzę i się zalewam a co dopiero z tymi sokami w środku. I potem mama z takim potworem sycząco ssacym do mnie idzie i mi wyciąga te wszystkie gluty. Najpierw jeszcze mnie nadmucha jakimś takim dymkiem i wyklepie mnie po plecach albo taka fajną maszyną potraktuje. A jak jeszcze się zakrztuszę w trakcie zwarcia to dopiero są jaja. A to niestety częste bo nie da się tak mnie jakoś czasami ogarnąć w jedną osobę jak mama jest sama a ja mam napad. Albo góra albo dół. A od dołu mama daje mi lekarstwo, żeby się te zwarcie skończyło.

No i o ten dymek chodzi. Bo wiecie moje mięśnie pomimo że je ćwiczymy to one tak se nie chcą działać i żeby ciągle coś tam w środku się nie robiło muszę być nadmuchiwana tym dymkiem. A ten dymek to kurcze taki głośny, no i taki nieporęczny bo jak jestem dętka totalna ( bo mam gorączkę czy jestem po napadzie czy po prostu mam ten gorszy dzień ) i leże to mama musi mnie dźwigać bo nie daje rady ten nasz smok do dymku mi na leżąco robić inhalacji. A to naprawdę nie fajne. Czasami nawet boli i mnie i mamę. O braku dodatkowych rąk dla niej nie wspomnę. Bo jak tu trzymać mnie dętkę, która się wyrywa bo nienawidzi takich hałasów smokowych, nienawidzi jak mi się coś do buzi przykłada ( zaburzenia SI czy jakoś oni to nazywają) i jeszcze musi głowę trzymać i jeszcze ten nebulizator i jeszcze pewnie coś. Ze 3 albo i 4 by się przydały. No ja jej moich nie pożyczę;/
Ale można takie cudo kupić co mi da dymka w minute osiem a nawet sekundę osiem i jeszcze na leżąco i jeszcze w odpowiednim rozdrobnieniu ( tak tak to już kiedyś mama wam wykład musi zrobić ze to każdy lek inne kropelki powinien mieć żeby umiał odpowiednio trafić tam gdzie trzeba) . I na dodatek jest małe i poręczne ( bo wiecie w tych naszych salonach i z tymi wszystkimi maszynami co już stoją to o miejsce nie tak chop siup).  No ale… wecie ile takie cudo kosztuje?
Sami zobaczcie kliknijcie tutaj!

Takie cudo rodzice muszą mi kupić.

No i właśnie ja nie wiadomo o co chodzi to chodzi o kasę. Inne mamy mówią, że smok sprawdza się doskonale, że są zadowolone i polecają z całego serca ale niestety koszt jest ogromny. Ale od czego rodzice mają głowy na karku? I Was kochani czytacze;-) Jedna z cioć podsunęła pomysł Urodzinowego Bazarku Lilianny Walecznej ( Urodzinowy bo już 20 września będzie impreza – 5 lat skończę!!).  I w ogóle podzielenia się światu informacją, ze się by jakiś sponsor przydał. Mama nie chciała no ale jak jej powiedzieli w pewnej państwowej instytucji, że koniec roku i koniec z kasą to u nich tak w marcu to i ona się przełamała. I tak na bazarku kochane ciocie ( no właśnie wujkowie gdzie jesteście?) wystawiają swoje cuda, żebyście mogli pomóc mi kupić tego smoka. Jak macie coś co można wystawić na bazarku ( może być wszytko co tylko myślicie, że komuś by się spodobało/przydało) to wystawiajcie! Albo puścicie w świat wieści, że szukamy takich rzeczy. Niech się wieść niesie, że Lilianna Waleczna i ze smokami walczyć będzie razem 😉  Zamiast zabijać smoki trza je oswoić i razem z nimi pokonać choroby!
Pomóżcie mi walczyć co??

Tak tak wiem zwięźle, krótko i na temat 😉 No nie da się tego Wam tak w 3 zdaniach powiedzieć. No i bloggerką miałam być co nie??? 🙂