Niemoc


Dzisiaj nie będzie pięknego zdjęciowego postu o ogniskach, szkole czy zupach. 
Nie będzie fajnie i optymistycznie
Nie będzie pięknych zdjęć.
Bo ten tydzień kompletnie taki nie był.
Ten tydzień był długi i trudny.
Deszczowy. Wietrzny i napadowy.
Męczący.
Jęczący.
A może infekcja a może pogoda a może coś. No ale co?

Nieprzespane noce. 
Ból.
Zwalniające serce.
Wyjący pulsoksymetr. 
Warczący ssak. 
Piszczący koncentrator. 
Takie dni i noce.
Tak po prostu.
Chyba po to żeby nie zakrztusić się radością i szczęściem. 
Choć suma sumarum narzekać nie powinniśmy ale chyba tak trochę przyzwyczailiśmy się do dobrego.
Bo do tego naprawdę łatwo się przyzwyczaić.
Mieliśmy nadzieje, że przyjdzie jesień i przejdzie gładko. Damy radę. Będzie stabilnie.
No ale nie jest…
Trzymajcie kciuki mocno.
Za nas.
Za Lili najbardziej.
Ale i nam kciuki się przydadzą.
Po takich dobrych dniach te złe bolą chyba mocniej niż kiedyś kiedy tylko takie dni znaliśmy…
To se ponarzekałam.
Tak potrafię, naprawdę 😉
Jestem tylko człowiekiem.

A teraz idę wyrzucić śmieci.
Zrobię sobie 3 minutowy spacer.
Dobrze mi zrobi.
Czasem trzeba…

Mama Aga
Nelka jak balsam na suchą skórę. W trudnych chwilach pomaga jak nikt inny.

Zbieramy wspomnienia: pierwsze ognisko.

Hejka!
Wiecie co rodzice mi wczoraj zafundowali??
Ognisko! Takie prawdziwe! Wielkieee!!! Gorące. Syczące!! Pachnące!
Już tyle razy było w planach ale jakoś zawsze coś. A wczoraj spontanicznie jakoś tak wyszło. Piękna pogoda. Zero wiatru. Dobra forma. I się udało. Pierwsze w życiu, takie świadome ognisko zaliczone!
Kiedyś już byłam chwilkę na ognisku. Moja kochana ciocia Agata w moje urodziny już parę lat temu podobne zorganizowała. Ale to tylko rodzice opowiadają bo ja za bardzo nie pamiętam. Dlatego to jest tym pierwszym tak naprawdę.  No i takim pierwszym, które od podstaw rozpalałam.
A jak było?? Sami popatrzcie!

Najpierw tata rąbał drzewo na ognisko
Mama też chciała ale chyba tata ma więcej siły albo ładniejsze rękawiczki 😆
Od takiego małego ognia się zaczęło…

… a na takim wielkim skończyło.

Tatko dorzucał do ognia aż iskry latały 😈

Nie bałam się nic a nic i bardzo mi się podobało.

Im było ciemniej tym ogień był piekniejszy.

Taaaaaki wielki !!
I jeszcze wjechały kiełbaski ( podobno dobre, wierze im na słowo 😜 )
A babcia nawet śpiewała coś o jakichś kniejach. Ja wolałam smerfową piosenkę.
Nie mogłyśmy się w tym temacie dogadać. 

Ziemniaczki też wsadzili jak już ognisko przygasało.

U babci na kolanach było najbezpieczniej ( jak już zrobiło się ciemno to już tak odważna nie byłam).

Takie było piękne!!
A Wy lubicie ogniska?? Rodzice obiecali, że jeszcze zrobią nie raz mi takie ognisko. I coś o nocnym spacerze też wspominali. Takim z latarkami. Iść z nimi? Czy z Babcią zostać? Lisów się nie boje a z dzikami to wolałabym nie zadzierać? Trudny wybór. Muszę to przemyśleć.
Dam Wam znać jak się wybiorę!
Buziaki
Lilijka

Zupa dyniowa

Lubicie zupę dyniową?

Takie ładne dyńki babcia hodowała

Ja tak średnio. Choć mama mówi że zdrowa.  Mama to w ogóle lubi te wszystkie zupy. Ja nie wiem.
No ewentualnie mogę jeść zupę ogórkową ( najlepiej u cioci Wiesi) i rosołek, no pomidorówkę czasem też.

No ale że jesień i dynie Babci obrodziły to mama nas tą dynią karmi.
A ja z nią gotuje 🙂
A to lubię bardzo.
Wtedy jakoś też to jedzonko lepsze czy coś.
Nie żebym coś do mamy gotowania miała :-p hihi

Zresztą to takie zwykłe gotowanie też nie jest.
Mama to zawsze musi przemycić coś edukacyjnego.
Gada i gada. A ja nie zawsze wiem o co chodzi.
Zwłaszcza jak się skupiam na tym co mi karze robić.
Myślicie że takie przekładanie pyrek do michy albo marchewek to łatwe jest?
Nie ma opcji.
Ciężka praca takie gotowanie.

Ale zupę polecam zwłaszcza zmarzluchom bo fajnie rozgrzewa.
Mama czasem nawet do brzucha mi daje na rozgrzewkę jak ze spacerku wrócimy.

Chcecie przepis?

To macie:

Do kogo on podobny? Taki potworniasty?
  • dynia, tak około 1 kg
  • 300 g marchewki
  • 1 pietruszka
  • z 0,5 kg ziemniaków
  • 2-3 cebule
  • 1 puszka mleka kokosowego tłustego (takiego prawdziwego ewentualnie można zastąpić dobrą tłustą śmietaną, ważne żeby było tłuste, bo najlepiej w tłuszczach rozpuszczają i przyswajają się witaminy które są w dyńce )
  • sól i pieprz do smaku
  • kilka łyżek oleju
  • 1,5 litra wody
  • szklanka soku pomarańczowego (można zastąpić wodą)
  •  kawałeczek imbiru

I tu się kończy opcja dla mnie, dla rodziców mama dorzuca trochę pikantnej papryki i curry.

A wykonanie jest banalnie proste:

obieramy
cebulkę, szatkujemy i podsmażamy na oleju. Dynię, marchewkę i
pietruszkę ścieramy na tarce albo rozdrabniamy w malakserze ( lub tym
podobnych urządzeniach). Dodajemy do cebulki. Chwilę podsmażamy.
Zalewamy częścią wody i sokiem pomarańczowym. Teraz najtrudniejsza dla
mnie część. Czekanie. Z 10 min. Potem dorzucamy pokrojone w kostkę
pyrki. I gotujemy do miękkości.  Solimy i doprawiamy pozostałymi
przyprawami ( w zależności do opcji zjadacza). Następnie rozdrabniamy ( blenderujemy czy jako to tam nazwać) na
krem dodając mleko kokosowe. Konsystencje można poprawić ewentualnie
dolewając wodę. Kto co lubi.

 Smacznego.

 A wczoraj wygląda to mniej więcej tak w naszym wykonaniu:

Pomocna dłoń uczy obierać marchewki
Pyrki. Ciężka robota. Ta mama chyba za dużo se wymyśla.

A różową tarkę macie? Ja mam 😀 Różowy rządzi!! 
Najtrudniejsze. Czekanie. Mamy i na to sposoby.
Efekt końcowy. Smakuje lepiej wygląda.

 

A zupę cebulową lubicie?  Mama nasmrodziła tą cebulą ostatnio i mówiła, że pycha ale jakoś jej nie wierzę. Zostanę przy ogórkowej.

A wy jaką lubicie zupę najbardziej??
Napiszcie w komentarzach. Chętnie podpowiem mamie co ma jeszcze mi gotować. Wszak pora zacząć rozpieszczać moje kubki smakowe.

A i tu po prawej stronie jest taki dzwoneczek: jak go klikniecie to o następnych postach i przepisach na zupy ;-p was poinformuje biegusiem jak tylko spiszę to wszytko.  -> -> -> ->

Jesienne zabawy

Lilka bardzo lubi (zresztą nic dziwnego skoro ja też) różne prace ręczne.
Roboczo mówimy na to plastyka.
Zastanawiając się jak ugryźć tą cała naszą edukację poszłam tropem pór roku.
Wszak nasze życie, zwłaszcza teraz na wsi, jest im podporządkowane.

Zanim ustalimy co i jak bywa i tak ;-p

Na lodówce mamy kalendarz, który codziennie wyznacza nam nowy dzień, który uczy Lili właśnie pór roku i pogody. Codziennie zmieniamy datę, dzień tygodnia, sprawdzamy czy nadal mamy jesień i jaką pogodę za oknem. Bardzo polecamy. Fajna sprawa. Kupiliśmy jakiś czas temu a teraz wykorzystujemy na maksa. Sprawdźcie co jeszcze oferuje Pomysłowa Mama bo trochę tych pomysłów ma.  A my chętkę na inne jej pomysły. No ale powoli.

No ale nie o kalendarzu miało być a o jesiennych zabawach.
Lilka z jednej strony lubi różnorodność. Ale z 2 strony lubi przewidywalne rzeczy. Nie łatwą sprawą planować dla niej zabawy. I jeszcze próbując w te zabawy wpleść jakieś edukacyjne aspekty. Choć w sumie jestem zdania, że sama zabawa w sobie jest tak naprawdę ważna. Taka spontaniczna nienakierowana. Ogromnie doceniam te chwile kiedy Lili przejmuje inicjatywę.  Może dla Was to oczywiste. Dla mnie to coś ważnego. Coś co jest u nas od niedawna. A samodzielna chęć odkrywania, kombinowania przez Lilkę wprawia nas wręcz w ekstazę. Ale wspólna zabawa też jest fajna i ważna. A że mamy jesień to proszę trochę jesiennych inspiracji.

Ostatnio nasza super ciocia Ewelina, która często nam podsyła rożne super pomysły  ( każdy chciałby mieć taką ciocię przedszkolankę wierzcie mi 🙂 ) wyszperała i podsunęła nam pomysł z rosnącymi farbami (za Moje Dzieci Kreatywnie). Lilka była zachwycona. I nawet chwilę udało się jej popracować. Pogadałyśmy przy okazji o kolorach, policzyłyśmy do 3.
Zresztą sami popatrzcie:

Mąka prawie jak śnieg. Miękka. Biała.

 

Mąka była najfajniejsza. Sucha. Nie brudziła tak mocno rąk.

 

Po dodaniu wody już tak do końca fajnie nie było. Lili i brudne ręce? Nieeee…

 

Wiadomo różowy musi być.

 

Jesień to dynia. Dynia jest pomarańczowa.

 

Wszędzie dynie mają buzie. To i Lili chciała buzie.

A potem z dyni, którą przyniosła babcia zrobiliśmy zupę. Jakoś nie chciała się zamienić w karocę dla kopciuszka. Tak to chyba tylko w bajkach. Ale Kopciuszek w związku z tym zaliczony. Choć mało jesienny ;-p

To tak sobie malowałyśmy. Ale najfajniejszą jesienna zabawą tak naprawdę są spacery. Spacery do lasu, nad jezioro.

W lesie najfajniej się chodzi na barana.

 

I o chmurach można poopowiadać.

 

I o łabędziach. I ich zwyczajach.

 

I przynieść do domu dary lasu i …kamienie ( zależy co kto lubi ;-p)

I przygotować można zapasy do następnych zabaw. Zgadnijcie w jakim lesie byliśmy?? I co będziemy robić??

Dary lasu

 

I ku mojej i waszej pamięci parę inspiracji na kolejne jesienne dni:

 

źródło

 

 
źródło

 

Bawcie się świetnie!

Mama Aga

 

Deszcz

Hejka, 
A wcześnie rano bawiłam się tak.
jutro piątek i w sumie mama powinna coś na skrobać skoro sobie te piątki tak wymyśliła ale dziś jej daruje. Siedzi w tych kartonach, worach i próbuje nam życie umeblować jak najszybciej. Najpierw pakowała a teraz w drugą stronę. 
Mi czasem trochę się nudzi bo trochę mniej czasu mają dla mnie. Tak wiem chwilowo. Muszą poukładać żebym miała gdzie się bawić. W sumie mój pokój już prawie ogarnięty. I dobrze bo pogoda tak się popsuła, że masakra. Dziś leje i leje a wczoraj wiało, że głowę urywało. Ale i tak na chwilę udało się wyjść na spacerek. A dziś nie ma co trzeba będzie wypróbować kaloszki. A teraz muszę mamę pomęczyć o rosnące farbki. Obiecała że rano pomalujemy takim cudami. 
To nara.
Lilijka
A takie piękne mam widoki z mojego okna, choć pada to jest pięknie.
P.S. Poproszę mamę, żeby wrzuciła na Insta farbkowe sprawozdanie.