Polecam: Zupa Chrzanowa

 

Wielkanoc równa się żurek. Ale jakoś u nas w domu żurek nie jest darzony wielką miłością. Zupełnie nie mam pojęcia dlaczego. Ja uwielbiam. Zwłaszcza w dobrym chlebku i z jajkiem. Zresztą ja wszytko co kwaśne i z toną majeranku lubię. Ale dla mnie jedynej gotować to jakoś tak nieee. Ale za tu w naszym domu od zeszłego roku hitem stała się zupa chrzanowa. Nawet Lilianna bardzo się z tą zupką polubiła. Zobaczymy czy i w tym roku będzie jej smakowała. Niestety nigdzie w okolicy nie znalazłam świeżego chrzanu więc będziemy się posiłkować takim słoikowym ale mam nadzieję, że wyjdzie równie smaczna.

W sume nie wiem dlaczego tak rzadko zupę chrzanową robię? Jest pysznie kremowa. Lekko szczypie w język. Lekko kwaśnawa.  Bardzo aromatyczna i rozgrzewająca.

Przepis jest najprostszy z prostych ( chyba w uproszczaniu przepisów jestem mistrzynią).

Chcecie przepis? Na pewno. A jak nie to i tak Wam dam:) I szczerze polecam. Jest pyszna.

Do zupy idealnie pasuje podpieczona biała kiełbasa i oczywiście jajo. Można podać też podsmażone z cebulką ziemniaki.

A jaki jest wasz hit Wielkanocny? Może podrzucicie coś co i w naszym domu stanie się nowym hitem? Ja tam lubię trochę poeksperymentować w kuchni 🙂

 

Chcę mieć wybór!

„Czasami otwierasz oczy i nie wierzysz ze dasz radę kolejny dzień to wszystko ogarnąć. Czasami otwierasz oczy i zastanawiasz się jak to możliwe że już trzeba wstać. Czasami nie otwierasz oczu bo nie zdążyłaś jeszcze ich zamknąć. Mamy tak mają.”  A. K.

 

Codziennie rano wstaje i myślę jak będzie wyglądał mój dzień. Planuję. Lubię jasno wiedzieć co mnie czeka. Robię sobie listy. Odhaczam wykonane zadania. Planuję. Od zawsze.

Prawie nie słucham radia. Prawie nie oglądam telewizji. Żyje pod kameniem.

Jestem mamą. Mamą wyjątkową. Bohaterem. Kobietą. Najbardziej na świecie nienawidzę jak ktoś decyduje za mnie.

Nikt się mnie nie pytał czy chce zostać tym bohaterem w swoim domu. Ktoś gdzieś zdecydował za mnie. Ok. Rozumiem. Genetyka.  Coś było na studiach. Coś tam pamiętam i wiem jak to działa.

Ale  mało kto to bohaterstwo ma we krwi. Ja napewno nie. Fakt nie marzyłam nigdy o zawrotnej  karierze. Marzyłam o spokoju. Marzyłam o dużej rodzinie. Wiedziałam, że to nie jest bajka. Że to wiele nieprzespanych nocy. Ospa. trzydniówka. Przedszkolne bale. Pierwsze złamane serca. Studniówki. Wnuki…

Ale nigdy nie przyszło mi do głowy…

Że do końca życia będę czuwała co noc sprawdzając czy moje dziecko wciąż oddycha.  Że do snu będzie mi przygrywał dźwięk rodem z sali intensywnego nadzoru. Że będę sikać przy otwartych drzwiach by słyszeć czy zdążę przed kolejnym napadem. Że nie będę umiała pomóc własnemu dziecku ulżyć w bólu. Że przez całe życie będę zmieniała pieluchy które ni jak nie przypominają maleńkich słodkich pieluszek noworodka. Że będę musiała zmierzyć się z fizjologią wyprzedzającą o dekady rozum. Że każdego dnia będę rozgniatała, mieszała, odmierzała tony tabletek i syropów. Że będę żebrała o procenty by na te leki mieć. Bo nie będą to te procedury za które mi płacą. Że nie będzie to moją pracą zawodową. Bo jej już nigdy mieć nie będę. Że nic już nie będzie tylko moje i dla mnie. Że niektórych przyjaciół nie będzie. Bo nie udźwigną. Że jak nagle serce stanie zostane z niczym. Że świat się skończy. A ja dla świata.

Że nie będę mogła liczyć na pomoc tych którzy tą pomoc obiecują. Że będę musiała tak zmieniać te pieluchy żeby ich starczyło bo limit jest taki a nie inny. Że jeżeli będę chciała, wróć będę miała siłę, walczyć to muszę liczyć tylko na siebie i najbliższych. Że wsparcie i pomoc to utopia. Że nikt nie będzie potrafił nam wskazać drogi. Że będzie trzeba walić w wiele drzwi i wybijać wiele okien. Że będę tak bardzo się cieszyła, że mam taki a nie inny zawód bo zaoszczędzę wiele na opiece. Że żeby odetchnąć będę musiała liczyć tylko na męża bo o opiece wytchnieniowej to za morzami słyszeli. Że jak zechce iść do kina to najwyżej na My Little Ponny.  Że z zazdrością będę patrzyła jak walczą za morzem żeby z dobowej pomocy nie zabierali im paru godzin. Że będę musiała wstydzić się tego co mam choć pracowałam od 19 roku życia na paru etatach na to. Że byłoby najlepiej jakbym ubrała worek pokutny i przepraszała, że mam takie a nie inne dziecko. Że to, że w sumie kocham moje życie i chce się nim cieszyć będzie źle odbierane.

Nigdy nie myślałam…

Że będę drżała na samą myśl  o przyszłości mojego dziecka. Że wiedząc, że kolejnej ciąży mogę ja albo dziecko nie przeżyć będę się bała przytulić do męża. Że będę drżeć na myśl o dorosłości mojego dziecka. Że nie będę chciała oglądać telewizji. Że nie będę chciała słuchać radia. Że nie będę chciała słuchać co potrafi dziać się za murami różnych instytucji, które mają dać opiekę i wsparcie osobom, które jej potrzebują. Że nie będę potrafiła przeżyć kolejnej ciąży niepokalanie poczętej w takim miejscu.

Nienawidzę jak ktoś mi mówi co mam robić. Lubię mieć wybór. I choć nie popieram wielu rozwiązań. I choć boję się tego co i w jakim celu jest wykorzystywane. I choć polityka dla mnie to bagno. Nie chcę musieć bać się każdego dnia. To co już mam i to o co bać się muszę już mi wystarczy.

Chce mieć wybór.  Ja i moja córka!

 

 

 

Ogród na balkonie. Warzywnik.

Jak tam wasze ogródki? Jak tam wasze balkony? Jak tam wasze doniczki? Wiosna przyszła! I choć u nas dziś bardzo zimno to nie ma co trzeba zakasać rękawy do roboty. My chyba w tym roku postawimy na gotowce. Dlaczego? Niestety przełom tej zimy i wiosny nie jest dla nas łaskawy. Zwłaszcza dla Lileczki. Coś trzeba odpuścić. Odpuszczamy sianie z nasionka. Choć tak wiem plany były inne. Ale to właśnie to  nasze wyjątkowe  życie. Planujemy. Staramy się „normalnie” żyć. Jednak często musimy nasze plany i pomysły weryfikować. Naszym centrum wszechświata jest Lilka i do niej i jej formy staramy się dopasować. Teraz potrzebujemy spokoju, jeszcze większego zwolnienia obrotów…choć może to źle nazwane… Lilka zwalnia, wskakujemy w inne tryby. Ale wy nie musicie. Przywitajcie wiosnę. Pograjcie z nią w zielone. Załóżcie swój warzywnik.

Dziś obiecany ciąg dalszy o ogródku na balkonie. A konkretnie…

O warzywniku.

No dobrze. Masz balkon i masz chęci. Fajnie by było pochrupać rzodkiewki na niedzielne leniwe śniadanie prosto zza okna. Bez chemicznych dodatków. Bez sztucznego pompowania wodą. Albo soczyste, malutkie słodkie pomidory skubać w letnim słońcu prosto z krzaczka.

Z nasiona czy z sadzonki.

W sumie zależy wszytko od tego ile ma czasu i chęci. I kiedy zaczynasz.  Ale warto poświęcić jeden dzień na te czynności, by potem od czerwca do póznej jesieni cieszyć oko i podniebienie. A i parę groszy w kieszeni zatrzymać. Nasiona często wychodzą taniej niż sadzonki.

W tej chwili  zrobiło się już trochę późno na wysiew pomidorów. Ale na upartego się da. Najoptymalniejszy termin to luty najpóźniej połowa marca. Jednak  sałatę czy rzodkiewki śmiało możesz siać nawet cały rok. My siałyśmy do podłużnych korytek sałatę ( najczęściej taką na listki), moją ulubiona rukolę, rzodkiewki, pietruszkę na natkę, szpinak i zioła ( bazylia, oregano, tymianek, majeranek).  Pomidory na balkonie miałyśmy i takie duże malinówy i cherry. Ale zdecydowanie lepiej wychodzą te cherry. Zwłaszcza na takich małych balkonach jak nasz. W zeszłym roku poszalałyśmy z kolorami i odmianami. Żółte, czerwone, zielone. Śliwkowe, truskawkowe. Wybór jest ogromny. A tym bardziej producenci coraz cześciej wychodzą na przeciw takim uprawom balkonowym zaznaczając, że te czy inne nasiona nadają się doskonale do hodowli w pojemnikach.  Szczypiorek najlepiej wychodził nam z małych cebulek nie z nasion. A majeranek najlepszy miała pani na targowisku. Z nasion niestety nie wychodził nam za bardzo. Bo to o czym jeszcze warto pamiętać to dobre nasiona. Bo już nie raz się sparzyliśmy na jakości niestety. Ale takie swoje pomidory ze swoim świeżutkim majerankiem to poezja.

Pyszne. Soczyste. Świeże. To co tygryski lubią najbardziej.

Jak siać?

1. Dobre podłoże. Warto kupić podłoże do wysiewania. Ale jeżeli takiego nie uda ci się dostać wystarczy przesiać tzw. ziemię ogrodniczą . Ważne żeby była bez grudek. Podłoże nie może być stare, ani przesuszone. To bardzo ważne – nasiona na byle jakim podłożu po prostu nie będą chciały nam rosnąć.

2. Ziemie umieść w donicach potem delikatnie ja ugnieć i wyrównaj. Nie siej nasion bezpośrednio z torebki. Wysyp sobie nasiona na dłoń. Pozwoli to Ci zapanować nad gęstością wysiewu. Pamiętaj  siej nie za gęsto.

3. Delikatnie przykryj nasionka około 1mm warstwą podłoża. Bardzo delikatnie ugnieć.

4. Zwilż wysiew. Najlepiej bardzo delikatną mgiełką wody. Może być też woda z konewki z sitkiem. Najlepiej niech ta woda nie będzie bezpośrednio z kranu. Warto zawsze sobie odstawić wodę, ogrzać.

5. Doniczki z wysianymi roślinkami postaw w słonecznym i ciepłym miejscu. U nas były na każdym parapecie. Koty nie miały gdzie spać. Nie raz zwaliły doniczki. Warto też o tym pamiętać jak mamy takie małe przeszkadzajki jak my.

6. Najważniejsze o czym nie możesz zapomnieć to to żeby Twoje nasionka NIGDY nie wyschły. Ale nie przesadzaj również z wodą.

7. Gdy nasionka wykiełkują  a są wysiane za gęsto – niektóre z siewek usuń. Możesz młode roślinki przesadzić do większych donic.

Nie zapomnij oznaczyć co wysiałeś. Potem można się zdziwić. Etykiety możesz kupić gotowe w sklepie ogrodniczym albo zrobić samemu, np. Ze słomki i kartonika albo patyczków od lodów.

Będą pomidory? A może bazylia? Nie zapomnij opisać co wysiałeś!

Sadzonki

A jeżeli myślimy o sadzonkach to warto znaleźć dobrego dostawcę. Jeżeli chodzi o warzywa polecam lokalne ryneczki. Wybierając sadzonki warto im się przyjrzeć dokładnie, sprawdzić czy maja dobrze wykształcony system korzeniowy. Czy nie ma widocznych objawów chorób czy pasożytów. Można podpytać czy nie były sztucznie wspomagane chemią.

Nie polecam kupowania przykładowo ziół w marketach i wsadzanie ich do pojemników na balkonie. Albo ja jakoś nie miałam szczęścia albo wszelkie bazylie, oregano i inne lubczyki nie ubiły nas. Zresztą rzadko są to rośliny naturalnie hodowane.

To co polecam z marketów to kwiaty. A i truskawki pnące. Te jakoś najlepsze udawały mi się z Castoramy. A Kwiaty. Temat rzeka. Czasem fajne można trafić właśnie w takich miejscach w koszach z przecenami. Wymagają czasami reanimacji ale ta jest niewielkim kosztem a za bardzo niewielkie pieniądze a czasem nawet za darmo możemy dostać piękne sadzonki. Ale o kwiatach jeszcze napiszę.

Pojemniki

A jak już przy pojemnikach jesteśmy. Warto zainwestować w duże pojemniki. W sumie roślinie wszytko jedno czy ten pojemnik będzie piękny z terakoty czy recyklingowany kosz czy wiadro z babcinej piwnicy ważne żeby miała dużo miejsca i dobre podłoże. Dobre to znaczy bogate w składniki odżywcze i wodę. Duże? Pomidory przykładowo lubią głębokie doniczki. Choć sadziłam na początku również w korytkach. Szalały;-p Wiły się, mocno rozwijały liście, mniej owoce. Najlepiej właśnie sprawdzały się duże i głębokie donice. Ja korzystałam np. z takich pojemników budowlanych kupowanych w sklepach typu Castorama czy Leroy. Są duże. Tańsze niż donice. Trzeba było tylko dobrać odpowiednią podstawkę i wywiercić dziurki odprowadzające wodę.

źródło: LM

Jak dbać?

Najważniejsze obserwować i podlewać. I w sumie tyle. Reagować na to co roślina potrzebuje.  Można dorzucić trochę naturalnego nawozu. Na rynku jest wiele naturalnych nawozów. Można też pokusić się na samodzielne kompostowanie na balkonie i potem wykorzystanie tego nawozu w uprawie. My przykładowo korzystałyśmy z takich płynnych wspomagaczy -> Tutaj. Korzystamy również z ich probiotyków dla ludzi:)

Pomidory raz w tygodniu podlewałyśmy i opryskiwałyśmy mlekiem ( takim naturalnym, świeżym nie UHT!!) aby zapobiegać chorobom i szkodnikom.

Jak już myślimy o podlewaniu trzeba pamiętać, że rośliny uprawiane na balkonie wymagają dużej ilości wody. O wiele częstszego podlewania niż rośliny uprawiane w gruncie. Przykładowo w upalne dni nasze warzywka podlewałyśmy wczesnym rankiem i bardzo późnym wieczorem.

Dobre sąsiedztwo roślin

Warto tez pomyśleć o dobrym sąsiedztwie roślin. Choć na małym balkonie to trudniejsze. Ale my zawsze wsadzamy gdzie się da małe cebulki i czosnek. Świetnie sprawdzały się również jako „odstraszacze” aksamitki a przy okazji pięknie wyglądały. Polecam takie płożące.

To naprawdę nie jest trudne. 
Polecamy. 
Spróbujcie i dajcie znać jak wam idzie!

My na razie szamamy samodzielnie wysadzoną przez Lilcię rzeżuchę. Jest pyszna! 🙂 I wspominamy zeszłoroczne sianie. Czytamy Findusa. I czekamy na lepszą formę.

Nasze piękne zeszłoroczne pomidorki.

 

 

Hallo Wiosno gdzie jesteś?

Oj w tym tygodniu to już zupełnie zaklinanie wiosny nam nie wyszło. Serdecznie przepraszamy. Staraliśmy się, planowaliśmy ale nie wyszło ;-p  Taki mamy klimat. Ale chyba nas więcej było co?? Bo mamy znowu zimę. ( Tak wiem, że wiosna jeszcze nie oficjalnie ale po poprzednim tygodniu to by sie już chciało!) Dzisiaj u nas – 7. A my tak bardzo bardzo byśmy w tym roku chcieli już ciepełka. No nie ma co trzeba tą wiosnę zaklinać i wołać.  Hallo Wiosno!!! Dawaj! Czekamy!!

Pomimo mrozu umyłam dziś u Lilki w pokoiku szybko okno. Słońce pięknie grzało to się skusiłam. Trochę wysiłku fizycznego i będzie łatwiej poukładać wszystko w głowie. W Tesco znalazłam fajne wiosenne żelowe ozdoby na okno, dzięki którym słońce maluje w Lili pokoju piękne refleksy. Lilka zachwycona! Mamy w pokoiku trochę wiosny. Choć chciałoby się więcej.

W ogóle ten tydzień jakoś nam nie wyszedł.

Jedno sypało się za drugim. Przede wszystkim Lilkowa forma się posypała. A wszystkich nas dopadło totalne przesilenie zimowo – wiosenne. Ani humory nie dopisywały ani siły. O wenie twórczej nie mówiąc. Najchętniej byśmy spali i nabierali sił a nie do końca niestety było to możliwe. Lilka wymagała 1005 % naszej uwagi. I 10007 % sił i energii! Ale wychodzimy na prostą. Naprawiamy co było. I liczymy wiosno, że jednak przyjdziesz jak najszybciej! Dużo Ci nie zostało.

Widzieliśmy już wracające do nas bociany. I chyba dwie czaple nam nad domem przeleciały. I to w sumie wszystko z naszych planów marcowych co zrealizowaliśmy w tym tygodniu. Obserwowanie przyrody. Choć to też głównie przez okno. Bo gdy było pięknie Lilka była na innym świecie. A gdy zrobiło się już lepiej zrobiło się tak zimno, że księżniczka niema zupełnie ochoty wychodzić. A co będzie marznąć? I w sumie się jej nie dziwie.

A nie nie przepraszam. Słuchałyśmy muzyczki dużo. Jakoś tak pasowała nam w poprzednim tygodniu muzyka klasyczna. A zwłaszcza Cztery pory roku Vivaldiego w interpretacji Nigela Kennediego . Ale jakoś wiośnie chyba się nie spodobało? Albo nasi sąsiedzi latający po niebie zagłuszyli nasze wołanie wiosny!  No bo jak? Wiosno! No chodź już!

Choć dobra nic nie mówię. U nas śniegu nie ma a widziałam, że w wielu miejscach biało!

A u WAS?

 

 

Jak nie zwariować? A wariuj!

 

Od niedzieli, a w sumie już od piątku bo miałam na niedziele pisać o kolejnych  naszych sposobach, zastanawiam się jak nie zwariować? Pisze tutaj rób to rób tamto. Robie wszytko o czym wiem i co działało a tu nic! Nie daje rady w tym tygodniu! Ani Endorfiny. Ani żadne planery cuda. Chyba brak snu i poziom stresu daje popalić!

Kiedy Lika jest w super formie zapominamy chyba jak to jest jak jest żle. Wolimy zdecydowanie skupiać się na dobrych chwilach. Wykorzystywać je na ile się da. Do dobrego człowiek bardzo szybko się przyzwyczaja. A gdy nagle przychodzi coś co dowali na całego ciężko się pozbierać.

Jeszcze chwilę temu byliśmy u znajomych. Lilka bawiła się z dzieciakami. I w nocy trach. O 180 stopni. Przyszedł napad i zniszczył wszystko. Głowa leci, tułów nie trzyma, nogi odmawiają posłuszeństwa.  Wracamy do początku. Wszystkie plany szlak trafił. Zweryfikować trzeba było plany dnia, tygodnia, miesiąca. Odwołać wizyty i wyjazdy.

No i jak nie zwariować? Chyba trzeba pozwolić sobie zwariować na chwilę! Przeżyć i dać sobie czas. Złe minie tak wiemy ale człowiek by tak do przodu chciał! Ukochajcie mnie! Będzie nas pewnie trochę tu w internetach mniej. Bo co mam pisać? Jak śpię snem maksymalnie przerywanym. Albo cewnikuje, podłączam pompy, podaje wlewki i leki? Jak daje się ohaftować po raz kolejny? Bo jak się tulimy to już wiecie. A na tym to będzie się opierało w najbliższym czasie.  Bo teraz najważniesze żeby Lili było najlepiej! Na insta pewnie najprościej będzie być z nami na bieżąco! I dodać nam trochę otuchy!

Ale nie poddamy się! Co to to nie!