Pod naszym kamieniem

 

Tak sobie wymyśliłam, zaplanowałam ( wiadomo bez planu się nie da), że we wtorki będę pisać Wam o naszych perypetiach rodzinnych. O tym jak się żyje pod  naszym kamieniem. Najlepiej zabawne anegdoty z naszego życia. No i przychodzi taki wtorek i dupa nie będzie wesoło, nie będzie anegdotek. Me serce dziś w rozsypce.

Blog

Tak sobie wymyśliłam, że chcę rozkręcić tego bloga. Że chcę go pisać nie tylko dla pozyskiwania procentów czy darowizn. Bo tak naprawdę nie mam na to jakiejś wielkiej siły. Nie potrafię. Przychodzi mi to bardzo trudno. Wiem, że muszę walczyć o moje dziecko. Wiem, że potrzebne są do tego pieniądze. I nie jest mi łatwo. Ale będę. Jak tylko będę potrafiła. A i konkurencja, że tak to dobitnie napiszę, jest ogromna. Rodzice prześcigają się w sposobach pozyskiwania darczyńców. A co najgorsze często przynosi to przy okazji opłakany skutek. To jak jesteśmy my, rodziny z niepełnosprawnym dzieckiem postrzegani, odbiera chęć do czegokolwiek. Do walki.

Pominę milczeniem całą mało fajną „horom curkem” czy jak to się tam pisało. Nie wiem czy to desperacja. Czy głupota. Ale krzywdzi. Krzywdzi nas rodziców. A przede wszystkim dzieci. Z roku na rok spada ilość wpłat z 1% na subkoncie Lilianny i znajomych dzieci. O darowiznach już w ogóle nie wspominając. Rozumiem. Liczymy się z tym. Taka kolej rzeczy. Ale z roku na rok przybywa niestety ludzi, którzy nie chcą w ogóle przekazać swojego 1% na potrzebujących.

Kuba

No dobra ale nie do końca o tym dziś chciałam pisać. Chciałam napisać o wspaniałej rodzinie. Wspaniałej mamie. Wspaniałym chłopcu. Dla których świat nie miał granic pomimo niepełnosprawności. Tak jak oni zbierali wspomnienia, jak oni celebrowali każdą chwilę to naprawdę ze świeczką szukać. Myślę, że inspirowali wielu. Odwagą! Uśmiechem! Radością życia.  Nas napewno!

I kiedy patrzę na nich to zazdroszczę i wiem, że chcę dać Lilce ile tylko się da. Żeby nie żałować, żeby mieć co wspominać. Żeby być tu i teraz. Bo doskonale wiem, że każda chwila jest na wagę złota. Że nie znasz dnia ani godziny. I jak spojrzę to wiele jest takich rodzin. Które chcą. Które chcą pokazać Wam co pod tym naszym kamieniem jest. Że wcale nie jest tak ciemno i źle. Że się da. Że my tak naprawdę żyjemy tak jak Wy. Tylko mamy o jeden pagórek więcej. Czasami mniej czasami bardziej stromy. Każdy ma jakiś. I że jak już się nauczymy to się da. Wymaga to czasu. Inni szybciej inni później do tego dojdą. Ale się da. I nie trzeba nas się bać. Bo my nie zarażamy. To nie jest dżuma czy inna gorączka krwotoczna. To niepełnoprawność, genetyka a często ludzki błąd za który przychodzi płacić nam.

I może jestem naiwna. I może jestem idealistką. Ale jeżeli choć jedna osoba przekona się i przestanie się nas bać będę wiedziała, że warto.  A jak nie to chociaż sobie popiszę. Kiedyś bardzo lubiłam i podobno nie najgorzej to robiłam. Może mi wróci.

A dziś myślami jestem z rodzicami Kuby. I serce mi pęka na milion kawałeczków. Bo serce Kubusia stanęło na wieki…