Jak nie zwariować? A wariuj!

 

Od niedzieli, a w sumie już od piątku bo miałam na niedziele pisać o kolejnych  naszych sposobach, zastanawiam się jak nie zwariować? Pisze tutaj rób to rób tamto. Robie wszytko o czym wiem i co działało a tu nic! Nie daje rady w tym tygodniu! Ani Endorfiny. Ani żadne planery cuda. Chyba brak snu i poziom stresu daje popalić!

Kiedy Lika jest w super formie zapominamy chyba jak to jest jak jest żle. Wolimy zdecydowanie skupiać się na dobrych chwilach. Wykorzystywać je na ile się da. Do dobrego człowiek bardzo szybko się przyzwyczaja. A gdy nagle przychodzi coś co dowali na całego ciężko się pozbierać.

Jeszcze chwilę temu byliśmy u znajomych. Lilka bawiła się z dzieciakami. I w nocy trach. O 180 stopni. Przyszedł napad i zniszczył wszystko. Głowa leci, tułów nie trzyma, nogi odmawiają posłuszeństwa.  Wracamy do początku. Wszystkie plany szlak trafił. Zweryfikować trzeba było plany dnia, tygodnia, miesiąca. Odwołać wizyty i wyjazdy.

No i jak nie zwariować? Chyba trzeba pozwolić sobie zwariować na chwilę! Przeżyć i dać sobie czas. Złe minie tak wiemy ale człowiek by tak do przodu chciał! Ukochajcie mnie! Będzie nas pewnie trochę tu w internetach mniej. Bo co mam pisać? Jak śpię snem maksymalnie przerywanym. Albo cewnikuje, podłączam pompy, podaje wlewki i leki? Jak daje się ohaftować po raz kolejny? Bo jak się tulimy to już wiecie. A na tym to będzie się opierało w najbliższym czasie.  Bo teraz najważniesze żeby Lili było najlepiej! Na insta pewnie najprościej będzie być z nami na bieżąco! I dodać nam trochę otuchy!

Ale nie poddamy się! Co to to nie!

 

Jak nie zwariować. Daj sobie czas.

 

Kiedy dowiadujesz się, że zostaniesz mamą, ba jeżeli zakomunikujesz światu że spodziewasz się dziecka wszyscy mają milion dobrych rad. A kiedy Twoje dziecko okazuje się niepełnosprawne ilośc ta się podwaja. I jak tu nie zwariować? Daj sobie czas.

 

Rozpoczynasz szukanie sposobu na uleczenie swojego dziecka. No bo przecież to nie jest tak, że to tak na zawsze! Medycyna idzie tak do przodu przecież. Musi się dać. Na Twojej drodze stają to co bardziej fikuśni specjaliści. Nie zawsze myślą oni tak jak ty. Nie zawsze mają taki sam cel jak ty. Trafiasz na takich, którzy myślą o Twoim dziecku i chcą mu pomóc faktycznie. Ale trafiasz też na takich, którzy chcą pomóc głównie sobie. W różny sposób. Najcześciej jednak pchając gotówkę do swoich kieszeni. A ty zdesperowany rodzic walczysz. Wierzysz ze wszystkich sił. Zapominasz o całym świecie. Masz tylko jeden cel.  Próbujesz magicznych olejków, kadzidełek, mazideł, leków z wschodu czy zachodu, masaży i innych cudów. Nie patrzysz często na to co „mówi” twoje dziecko. Działasz. Musisz działać! Musisz zrobić wszytko. Nie ważne jakim kosztem. Podajesz wszystkie leki jakie tylko zapisze ci lekarz. Jeździsz od jednego do drugiego. Każdy mówi co innego. Każdy dokłada swoich leków. Niejednokrotnie nawet nie zwracając uwagi jak dany lek działa z innym, który już macie w swojej apteczce.

Do tego wszystkiego jedna  mama poleciła drugiej mamie na tamtym forum takie suplementy. A na facebooku inna mama opowiadała jak masowała dziecko serem a to zaczęło jeść. A pewien tata opowiadał, że tylko ta a nie inna metoda się sprawdza. Więc szukasz takiego terapeuty jak oni albo nawet jeździsz milion kilometrów do tego samego. Z conajmniej dwuletnim wyprzedzeniem rezerwujesz termin na turnus za kupę złotówek.  I dupa. Nie działa.  A wręcz jest gorzej? Ale jak? No jak to jest możliwe. Im pomaga. No im tak. Ale to co pomaga komuś nie zawsze pomoże wam!!! To, że macie taką samą chorobę nie znaczy, że przebieg jest taki sam. Każdy organizm jest inny.

No a jak już czytasz na tych wszystkich grupach, forach. Jak jeździsz po tych wszystkich specjalistach. Słyszysz różne sprzeczne informacje. „A nie jest jeszcze z wami tak źle, bo moje dziecko to to i tamto.” Albo ” z Was to już nic nie będzie”.  Normalnie bajka! Szaleństwo gwarantowane.

Źródło: internet

Usiądź. Daj sobie czas. Przemyśl i przeanalizuj. Rozmawiaj i słuchaj. Patrz krytycznym okiem. I wybierz to co Wam najbardziej odpowiada. I to co daje efekty Wam!

My właśnie tak zaczynaliśmy. W szaleńczym pędzie za uzdrowieniem. Przeszliśmy wiele różnych etapów, specjalistów i znachorów. Daliśmy się naciągnąć na różne cudowne rzeczy i metody, które tak naprawdę albo nic nie pomagały albo wręcz szkodziły. Ba nadal szukamy dobrej drogi. Wierzymy w cuda. W medycynę. W rozwój.  Ale jesteśmy elastyczni. Patrzymy krytycznym okiem. A przede wszystkim patrzymy na to co mówi do nas Lilka. Patrzymy na nas. Na całą naszą rodzinę.

Pamiętam jak się popłakałam po jednej z wizyt u ortopedy.

Tam pani, która przeprowadzała ocenę Lilki słuchając naszych opowieści powiedziała nam, że jeszcze trochę to zaoramy nasze dziecko.  „Jeżeli z każdego turnusu rehabilitacyjnego trafiacie do szpitala albo wracacie po paru dniach z chorobą to może trzeba jechać na turnus innego rodzaju? Delikatniejszy? Albo zrezygnować z takiej formy rehabilitacji? Może poszukajcie kogoś kto będzie podążał za waszym dzieckiem?” Pomyślałam sobie ale jak? Przecież my tak mało robimy. Inni robią to tamto i owamto. Jeżdżą na delfiny, turnusy raz w miesiącu a my nie damy rady raz na jakiś czas? No ale jak. Musimy! Przecież ona musi! Potem za jakiś czas w podobnym tonie wypowiedziała się pani neurolog. Zresztą wypowiadała się od dawna tylko my to intensywnie ignorowaliśmy. Tak tam sobie gada. Ale akurat dla NASZEGO dziecka to była najlepsza wtedy droga. Usłyszeliśmy to potem jeszcze parę razy.

I w końcu uwierzyliśmy.

Ale to trwało. I czasami nadal mamy dni, że sobie myślimy, że może trzeba by to czy tamto. Ale widząc efekty wiemy, że można to robić inaczej. Cieszymy się bardzo, że na naszej drodze stanęły osoby które zrozumiały jak ważne jest podążanie za dzieckiem. Że rehabilitacja nie musi trwać nie wiadomo ile i nie musi polegać na całej godzinie wycia do księżyca. Że aby dziecko nauczyć czegoś nie trzeba siedzieć przy stoliku można z nim zejść na ziemię. Że integracja sensoryczna to super zabawa. I że można nawet z dzieckiem z trudnościami do czegoś dojść podążając za jego potrzebami a nie za potrzebami terapeuty. Że jak dziecko teraz śpi to śpi i to też jest bardzo ważne. Bo jak się wyśpi zrobi 2 razy więcej. Że nie będzie miało napadów i nie straci już tego czego się nauczyło.  Że jak nie chce teraz rysować to może porysuje za 5 minut i nie warto tracić 45 min na przekonywanie go o tym a lepiej te 5 minut porobić z nim to co ono chce. Że się da. I choć to podejście kosztuje nas czasem o wiele więcej wysiłku, czasu i pieniędzy jest najlepsze dla naszego dziecka.

Warto czasem usiąść. Dać sobie chwilę. Pomysleć. Popatrzeć. Porozmawiać i wyciągnąć wnioski. Konsultować. Próbować i szukać jak najbardziej. Sprawdzać co nam pasuje. Co pasuje naszemu dziecku.  Nie patrzeć na innych. Bo co komuś pomaga nam może szkodzić. Każdy jest inny. Wymaga innego podejścia. Innego sposobu.

A przede wszystkim nie oczekiwać cudów na już. Dać cudom czas. Bo prędzej czy poźniej nadejdą. Ale nie zawsze będą tymi których oczekiwaliśmy na początku.

Nasz cud! Tylu nie dawało jej żadnych szans. Tylu skreśliło i nie dało nadziei. Czas pokazał, że cuda są. Inne niż te o których marzyliśmy 5 lat temu ale są.

Ogród na balkonie. Start.

 

W naszym bloku na palcach jednej ręki można było policzyć ukwiecone balkony.  A co dopiero małe ogródki?! I w sumie co się tu dziwić. Długo myślałam, że niewielkie balkony mocno nasłonecznione wcale nie dają dużego pola do popisu. Długo myślałam, że wymaga to wiele czasu i jest trudne. Jakże się myliłam. To wcale nie takie trudne jak mogłoby się wydawać. I to wcale nie takie drogie. Wszystko tak naprawdę zależy od nas. Od tego jaki mamy pomysł i ile pracy możemy włożyć w coś co sobie wymarzyliśmy.  I nie ważne czy to ogród z prawdziwego zdarzenia z wieloma grządkami czy maleńki ogródek na balkonie w środku miasta.

Skoro nie taki diabeł straszny jak go malują to od czego więc zacząć?

Obserwuj, pomyśl i zaplanuj!

Musisz wiedzieć jak operuje słońce nad twoim balkonem. Kiedy balkon jest najbardziej nasłoneczniony. Jak długo i jak mocno świeci. Kiedy jest cień. Jest to bardzo ważne i związane z doborem roślin, które posadzone w sprzyjających im warunkach odwdzięczą się nam pięknymi plonami czy w postaci owoców czy kwiatów. W najlepszej sytuacji są właściciele balkonów o wystawie wschodniej i zachodniej. W takich warunkach dobrze rośnie większość roślin.  Choć jeżeli planujemy sadzić gatunki wieloletnie musimy pamiętać żeby zimą dobrze zabezpieczyć rośliny zwłaszcza na wschodnich balkonach.

Warto również wymierzyć i wyrysować sobie co gdzie jak. Wtedy łatwiej będzie rozmieścić poszczególne elementy takie jak duże pojemniki  i skrzynie. A jeżeli jesteśmy szczęśliwymi posiadaczami dużych balkonów warto zaplanować miejsce na meble.

Czyli co potrzebujemy, żeby zacząć?

Pojemniki. Tak naprawdę na samym początku wystarczy parę skrzynek i doniczek oraz dobra ziemia. Wszytko zależy od naszego pomysłu na nasz „ogródek”. Czy ma stanowić tylko źródełko nowalijek i ziół czy ma być naszą oazą spokoju, miejscem w którym wypoczywamy nie tylko w niej pracując.

Fajnie aby pojemniki wykorzystywane do aranżacji balkonu były nie tylko praktyczne, ale i dekoracyjne.

Rośliny nie dbają o to, czy utkną w starym wiklinowym koszu,
wyściełanym pudle po bananach czy fantazyjnej torbie.
Dopóki twoje pojemniki są wystarczająco duże dla danej rośliny,
niech twoja wyobraźnia nie zna granic. 
Zajrzyj do piwnicy, babcinego schowka, rozejrzyj się dookoła.
Stare wiadra czy skrzynie po owocach będą doskonałe!

Najważniejsze o czym należy pamiętać to otwory na dnie, umożliwiające odpływ wody. I tu należy tez przypomnieć sobie o sąsiadach, którzy mieszkają pod nami! Część osób balkony w blokach wykorzystują jednak głównie do suszenia prania. Gdybym była w takiej sytuacji nie chciałabym aby moje pranie zostało zroszone wodą z ziemią. Dlatego zakładając ogród na balkonie należy pamiętać o  podstawkach dopasowanych do pojemników w których uprawiamy rośliny. Warzywa, kwiaty czy owoce uprawiane w pojemnikach  należy podlewać o wiele więcej i częściej niż te uprawiane bezpośrednio w glebie.

Warto również wybierać  umiarkowanie ciężkie donice (np.ceramika, glina), dzięki czemu zapewnią roślinom stabilność i uchronią je przed przewracaniem.  Ja na początku ograniczając wydatki wsadziłam „tujki” w zwykłe plastikowe doniczki i kiedy mocniej zawiało zbierałam je z podłogi. Je i sąsiadujące kwiaty, które pod ciężarem drzewek niestety zniszczyły się.

Źródło: pinterest

Wszelkie pnące, wiszące rośliny fajnie wyglądają w pojemnikach montowanych na poręczach, przy oknach i pod daszkiem.  Ale pamiętaj tu wyjątkowo uważnie o sąsiadach 🙂 W uprawie gatunków ozdobnych (w tym krzewów i pnączy) dobrze sprawdzają się wysokie, wąskich donice, które zajmują mniej miejsca. Do uprawy warzyw najlepiej sprawdzają się donice szeroki i wysokie.

Jeżeli jesteś trochę zapominalski możesz zainwestować w donice z automatycznym systemem nawadniania. Są też specjalne dodatki do podłoży kumulujące wodę. Wszytko jednak wymaga większego nakładu pieniędzy.

 

Podłoże. Wybór podłoża wiąże się nie tylko z rodzajem rośliny jaką w nim będziemy sadzić/ siać ale również z nasłoneczneiniem, naszymi chęciami i umiejętnościami. Optymalnym podłożem do uprawy warzyw na balkonie jest ziemia ogrodowa wymieszana z kompostem, piaskiem i dodatkowym rozluźniającym (np. keramzyt).

Co jeszcze się przyda:

  • rękawice
  • konewka
  • niewielkie narzędzia ogrodnicze
  • oczywiście nasiona lub sadzonki roślin, które chcemy hodować
  • znaczniki
  • ozdoby.

No to do dzieła!

A za tydzień dowiesz się konkretnie co zrobić, żeby twój warzywniak cieszył cię plonami już późną wiosną! Zapraszam!  *

Aby nie przegapić kolejnych wpisów zapisz się do newslettera lub powiadomień push!

 

 

 

 

Jak nie zwariować. Endorfiny.

 

Tak jak dzisiaj mi się nie chce to po prostu jest nie do opisania! . Słońce tak pięknie świeci. Normalnie wiosna. I w sumie gdyby nie to, że Lilka chora a Maciej w Wielkim Mieście to może bym wstała i poszła biegać?!  No i to -14. Tylko, że mi się taaak nie chce. Często tak mam ;-p A ty?? Ale wtedy przypominam sobie jak fajnie jest po. Jak już pobiegam czy poćwiczę albo zwyczajnie pospaceruje jest łatwiej. Tak to kolejny sposób na to jak nie zwariować!  Endorfiny!

Endorfiny to hormony szczęścia – odpowiadają za lepsze samopoczucie, uczucie przyjemności i dodają energii.

Ekstra tylko skąd je brać?

W naturalnych warunkach produkuje je każdy z nas. Wytwarzane są w przysadce mózgowej i rdzeniu kręgowym. Są endogennymi opioidami. Potrafią działać cuda:)

I całkiem prosto można naszym organizmom pomóc podnieść ich poziom w organizmie. Oto one:

Ta czarna kropka przed nami to tata. Kiedyś go dogonimy. Fajnie się biega samemu ale razem też jest wesoło!

Aktywność fizyczna. Kiedy mieszkaliśmy w mieście uwielbiałam biegać wczesnym rankiem. Raz, że najczęściej tylko wtedy mogłam, dwa ta cisza i spokój która panuje o poranku działa jak balsam. A już najfajniej było w niedzielę rano. Fajnie biegało się z sąsiadką bo wtedy miałyśmy najczęściej najzwyczajniej czas na plotki. Czekam na wyższe temperatury i wracam do produkcji hormonów szczęścia w ten sposób. Choć świetnie czuję się biegając w niskich temperaturach takie jak dziś przerażają. Ja nie wiem co roku mówię, że zainwestuje w odpowiednią garderobę ale jakoś zawsze nie wychodzi. Teraz najcześciej jednak wspieram się innymi metodami. Ale też wtedy gdy Lilka ma trudniejsze chwile i nie mogę wyjść z domu. Musze być blisko. I wtedy fajnie sprawdza się rower stacjonarny.  Polecam również trening z piłką ( podkradam Lilce tą taką rehabilitacyjną;-p). Super są też te dni kiedy jedziemy z Lilką na rehabilitacje na basenie.  Wtedy najlepiej czuję, że mam mięśnie. Ale pracę w ogródku też tu dopisuję.

Co mi to daje? Endorfiny! Spokój. Oderwanie się od wszystkiego.  Siły! Chwilę, kiedy nikt niczego ode mnie nie chce! Chyba dla tego jednak bieganie najfajniejsze. Wkładam buty na nogi, słuchawki w uszy i w pole! I choćby miało to być 15 minut daje wiele! I to nie jest bieganie wyczynowe. To mój rytm, moje tempo. Na olimpiadę nie pojadę ale swoje wygrywam. Tylko czasem, a nawet często, muszę najpierw z sobą powalczyć niestety. Zwłaszcza zimą.

I jak tu nie odpoczywać?

Bo wiem, że są też inne metody na podniesienie poziomu endorfin.

Taniec – pobudza zmysły i mózg, który wytwarza endorfiny pod wpływem ruchu. To w sumie aktywność fizyczna ale ma trochę więcej „plusów dodatnich”. Kiedy tańczymy zwłaszcza z kimś  dzięki przyjaznemu dotykowi, oprócz endorfin wydzielają się oksytocyna, serotonina, dopamina. Muzyka także oddziałuje na nasze mózgi. Dzięki niej czujemy się szczęśliwi i nastawieni pozytywnie do świata. Taniec dodatkowo pomaga w odchudzaniu i akceptacji własnego ciała. Czasami z Lilką włączamy muzyczkę na cały regulator i szalejemy. Tak jak nas muzyka niesie. Znaczy się tańczymy.  Kto to widział niech sobie lepiej nie przypomina teraz ;-p

Seks. Podczas aktu płciowego w naszych mózgach dzieje się magia.  Hormony szczęścia działają na nas pozytywnie i są naturalnym antydepresantem. I choć to sprawa, która bardzo często spada zupełnie na dalszy plan w rodzinach z niepełnosprawnym dzieckiem może warto o tym pamiętać i pielęgnować? Nie tylko ze względu na endorfiny. Ale to kiedyś…

Prysznic. Najlepiej raz zimny, a raz ciepły bo pobudza krążenie oraz dotlenia mózg. Przyczyni się nie tylko do lepszej pracy mózgu, ale i dobrej kondycji ciała. Cellulity i te sprawy na przykład. Dobrze jest zawsze zakończyć kąpiel takim zimnym prysznicem. Kiedyś nie lubiłam. Raczej wolałam się gotować w wrzątku. Teraz szukam odwagi na kąpiel w jeziorze nie koniecznie latem.

śmiech + wspólne głupotki = endorfiny

 

Śmiech – Dobry kabaret, komedia zawsze w cenie. Dobre towarzystwo. Gilgotki ( to uwielbia zwłaszcza Lilka). To wszystko wywołuje uśmiech na twarzy i pobudza endorfiny. Ostatnio popłakałam się prawie ze śmiechu oglądając to KLIK .

Twarz. Takie proste a jak skuteczne. Rozluźnij czoło, tak aby zniknęły zmarszczki i rozciągnij brwi. Odpręż się. Postaraj się przez dłuższy czas utrzymać gładkie czoło, ponieważ jest to sygnał do mózgu, że jesteś odprężony.  A jak połączysz to z Medytacją/ treningiem autogennym sukces jest murowany. I nie wpływa na dodatkowe kilogramy.

No i te gorzej wpływające na figurę:

Banan. Śledź. Owsianka.  Zawierają magnez, witaminę B, kwasy tłuszczowe omega-3 i inne substancje pobudzające organizm do produkcji endorfin. Owsianka zawiera węglowodany złożone, które przyczyniają się do podniesienia cukru we krwi i dodają energii, a jednocześnie poprawiają nastrój. Ale nie ma jak  Czekolada – podobno po zjedzeniu kawałka (nie koniecznie zaraz całej tabliczki) w naszym mózgu pobudzają się endorfiny. Przeciwdziała depresji i pobudza hormony szczęścia.

 

I oczywiście co najważniejsze. Umiar. Złoty środek. Wszytko w naszych granicach. Nic na siłę. Wszytko musi dawać nam komfort. Wszystko uzależnione jest od naszego stanu zdrowia. No i lepiej dawkować endorfiny małymi dawkami ale regularnie.

To co wy wybieracie na dziś? Albo jakie macie swoje patenty na podniesienie poziomu endorfin?

Jak tylko Lilka wstanie idziemy tańcować. A potem może smażone banany?

Pięknego niedzielnego popołudnia!

 


 

 O innych patentach na to jak nie zwariować możecie poczytać:
 

Jak nie zwariować. Śpij.

Kiedy urodziła się chęć opisania Wam patentów jak nie zwariować, mając dziecko powiedzmy trochę bardziej wymagające, zrobiłam sobie listę ( ten typ tak ma, że bez listy ani rusz).

I w sumie lista nadal się rozwija. Ale jedną z najważniejszych i najtrudniejszych do ogarnięcia spraw, zarówno w moim jak i Maćka odczuciu jest sen. Dlatego dziś o naszych patentach związanych ze snem.

Pewnie teraz pukasz się w głowę jak sen? Zwłaszcza mając małe dziecko albo będąc na początku wyjątkowej drogi rodzica niepełnosprawnego dziecka.
Ale nie da się ukryć, że jest to jeden z najważniejszych aspektów tego jak nie zwariować. Ba każdy człowiek powinien o tym codziennie pamiętać. Każdy dla własnego zdrowia powinien dbać o regularny rytm dobowy i zdrowy sen.
Naszym organizmem rządzą hormony. A nasze hormony są naturalnie zsynchronizowane ze słońcem. Dlatego wszelkie zaburzenia rytmu dobowego wpływają na stan układu hormonalnego a dalej odbijają się na śnie, masie ciała, czy odporności.  W dzień, kiedy jest jasno powinniśmy „pracować” a w nocy kiedy panuje mrok spać. Ba dobrze by było jakbyśmy jeszcze regulowali to razem z porami roku.

Jeżeli tak jam my jesteś rodzicem wyjątkowego dziecka pewnie zmagasz się z permanentnym zmęczeniem. Być może zmagasz się z wycieńczonymi nadnerczami a może jeszcze do tego nawarstwiają się jakieś dolegliwości.  A może Twoje dziecko, podobnie jak Lilka, ma problemy z rytmem dobowym, które są wpisane w chorobę. A może leki które dziecko przyjmuję potęgują sprawę? Jeżeli tak jak my masz dziecko które potrafi nie spać po 48h to pamiętaj wysypiaj się!

Ale jeżeli jesteś po prostu rodzicem, przepracowanym menadżerem, wykończonym studentem czy przemęczoną wieloetatową panią domu jaknajbardziej Ciebie to też dotyczy 😉
Najlepiej byłoby gdybyś spał kiedy jest ciemno a wstawał kiedy świta. Ale nie oszukujmy się niestety nie zawsze jest taka możliwość. Dlatego śpij kiedy się da. Weź do serca dobre rady w stylu śpij jak śpi dziecko. Choć ja też często (ba nadal czasem to robię niestety) jak tylko Lilka zasypiała zabierałam się za prace domowe, nadrabiałam wszelkie zaległości. I to mój błąd wielokrotnie. Bo bałagan nie zając a na obiad naprawdę da się coś wykombinować w 20 minut. A wieczorem kiedy moje dziecko mnie najbardziej potrzebuje padam na pyszczek i szukam super glue żeby powieki były w odpowiednim miejscu. A wtedy zdarza się ze nie daje rady i wybucham. Łatwo się irytuje, potrafi mnie wkurzyć najmniejsza pierdoła. Hormony buzują a zmęczenie pokazuje prawdziwe oblicze.
Dlatego najważniejsze żeby nie zwariować to wysypiać się. Ale zapytasz no dobra ale jak. Musze pilnować dziecka. Ono nie śpi/budzi się/ ma napady/ musze karmić / przewinąć/ zmienić pozycje. Mam na jutro ważny projekt/ egzamin/ to czy tamto.

Bądź sprytny ( wybież to co najbardziej Tobie pasuje i wprowadź w życie):

  1. Dziel obowiązki. Nie bądź „Zosia samosią”. Poproś o pomoc. Wiem, że czasem nie jest łatwo ( cały czas uczę się jak nie być tą Zosią;-p).
  2. Naucz innych jak zajmować się dzieckiem. Jak zrobić  w domu to czy tamto. I patrz wyżej. 
  3. Śpij blisko dziecka albo z nim. Nam odpowiada najbardziej spanie z Lilką. Tak nam wygodniej. Często bywa tak, że zasypia w swoim łóżku a potem w środku nocy i tak kończymy w jednym.  Ciężko śpi się w jej łóżeczku ale o wiele gorzej śpi się na podłodze albo biega do niej co 5 minut bo piszczy to czy tamto urządzenie. Dlatego często to ona ląduje w naszym dużym łóżku. Kiedy śpi przy mnie jestem spokojniejsza. Ba i ona jest spokojniejsza i lepiej śpi gdy jesteśmy przy niej. Zresztą o wspólnym spaniu możecie poczytać w wielu miejscach. Jest wielu zwolenników jak i przeciwników. I szanujmy to. Niech każdy robi jak uważa i jest mu z tym dobrze.
  4. Śpij w dzień. Choć optymalnie jest wstawać z kurami i z nimi kłaść się spać nie oszukujmy się czasem się nie da. My cały czas staramy się do tego dążyć i choć, życie na wsi temu sprzyja, to niestety nie zawsze to nam wychodzi. Dlatego nadrabiamy drzemkami w dzień jeżeli jest to możliwe. Czasami lepiej wyspać się w dzień niż nie spać wcale. Nasz kortyzol lubi kiedy się wyśpimy. Ma mniej roboty. A Ty po takiej drzemce będziesz efektywniejszy, spokojniejszy, szczęśliwszy.
  5. Odsypiaj w weekendy. Ja mam święte niedzielne popołudnia. Najczęściej wtedy najzwyczajniej padam na pyszczek. Są tygodnie kiedy ta niedziela jest dla mnie jak  plaster na odleżyny który ukoi. Bo nie ma możliwości wszystkiego co powyżej. Ale są tygodnie, że nie mam takiej potrzeby.
  6. Próbuj uregulować dzień i noc.  To chyba najtrudniejsze ale i najważniejsze w naszym życiu. O ile łatwiej przyjdzie to zdrowemu człowiekowi. Rodzicom zdrowych niemowlaków tak rodzicom wyjątkowych dzieciaczków przychodzi to o wiele trudniej. Ale wszelkie próby nie powinny zaszkodzić a wręcz wyjść na dobre. No ale jak to robić? Tak jak wam serce i organizm podpowiada. Tak jak wam choroba pozwala. Po swojemu. U nas sprawdza się spokojny tryb życia, spacery, patrzenie w słońce ( zwłaszcza piękne czerwone) bez okularów p/ słonecznych, szeroko pojęta higiena snu ( wietrzenie, odpowiednia temperatura, nawilżenie powietrza, ograniczenie sztucznego światła itp.), dieta, endorfiny w odpowiednich dawkach ;-p, rytm dnia.

 

Wiadomo, nie da się zawsze tak w 100%.  Jak się żyje na bombie to w ciągu sekund wszytko może zostać wywrócone do góry nogami.  Ale wiadomo człowiek dąży do tego, żeby było mu dobrze.

 

U nas sprawdza się takie podejście. Przechodziliśmy różne etapy, wymyślaliśmy, szukaliśmy na rożnych frontach. Czasami udaje się tak czasami nie.  A jak nie to nie jest to koniec świata. Czasami padamy na twarz i nie ma że się da. Czasami oboje jesteśmy potrzebni Lilce i nie da się odespać, wyręczyć. Czasami mamy tak, że wszyscy się razem zsynchronizujemy i działamy jak jeden dobrze naoliwiony mechanizm. Czasem jedno zgrzyta. Ale jakoś razem próbujemy dążyć do złotego środka. Żeby było nam dobrze.

 

Także ten tego ja idę spać a Wy napiszcie jakie u Was patenty się sprawdzają. Może i u nas się sprawdzą.

I podkreślę jeszcze raz, żeby nie było wątpliwości, u nas sprawdza się to. Ale to u nas. Każdy jest inny. Ma inne potrzeby i trudności do opanowania.

Dobranoc :-*

A już na sam koniec parę pięknych zachodów słońca z naszych popołudniowych spacerów po okolicy. Może Was zachęcą abyście wyszli i pooglądali ten koło Was.