Jak nie zwariować. Prolog.

Pamiętam jak wróciliśmy ze szpitala z pierwszą diagnozą.

Pamietam, że był to piątek. Że Lilka spała. A my z Maciejem siedzieliśmy  i milczeliśmy. Między nami stał  stół. Na stole pierwszy lek przeciwpadaczkowy. Dla nas skończył się wtedy świat. Chyba nawet się popłakałam.

A tak naprawdę tamta diagnoza to był pikuś. To było tak dawno temu. Tyle w między czasie się wydarzyło.

I czasami serio zastanawiam się jak to zrobiliśmy, że nie zwariowaliśmy?

Fakt do końca nie wiem czy nie zwariowaliśmy ale jak co ponosimy tego wariactwa konsekwencje świadomie 🙂

Bywało lepiej bywało gorzej. Jak w życiu. Bywało, że nie wychodziłam tygodniami z domu. Siedziałam z Lilką czasami całymi dniami w domu bo nie było takiej możliwości. Jakby pierwsze miesiące macierzyństwa wróciły. Tylko niemowlak trochę się zrobił cięższy a ja słabsza. I nie było możliwości wyjścia z domu  bo 3 piętro prawie jak 30. I na dodatek bez windy.  Mąż w pracy a ty cały dzień w piżamie.

Bywało, że nie miałam ochoty otwierać oczu, wstawać. Włosy, żyły własnym życiem ( wszędzie) a kilogramy nie pytały czy dam im schronienie. Nie było ważne jak wyglądam, co jem. Byle tylko Lilce było dobrze.

Szukanie specjalistów, metod, badań, rehabilitacji, kasy. Kupowanie sprzętów, jeżdżenie  po lekarzach, terapeutach. Każdy obiecywał cuda. Próbował. Chciał. Szukał. Zarabiał.

Apele, procenty, prośby, dobre rady, wyrazy współczucia, faktury, zbiórki, wyrazy wdzięczności.

Rehabilitacja, logopeda, integracja sensoryczna, akupunktura, dieta, farmakoterapia, huśtawki, pionizatory, turnusy, aminokwasy,  terapia tak sraka owaka.

Z każdej strony tylko słyszeliśmy : „róbcie to”, „róbcie tamto”, „to na pewno jej pomoże” ” a czemu jeszcze tego nie zrobilliście” „ale wam nie wypada” i „współczujemy”, „tak mi przykro”, „jakie to straszne”.

Jak tak ciągle to słyszysz to wierzysz we wszystko. W to że święcona woda z kibla z Hing hang hung pomoże, że tradycyjny mech z wierzchołka góry zrywany tylko o świcie ją wyleczy i że to takie straszne.

I żeby nie było… nadal słyszymy to wszytko…nadal wierzymy w różne rzeczy… nadal szukamy…. ale już używamy mózgów i robimy to trochę rozsądniej.  Nie za wszelką cenę. Bo łatwo stracić z oczu to co najważniejsze.

Znamy już trochę swoje dziecko ( choć potrafi nas każdego dnia zaskoczyć). Oswoiliśmy jej choroby i przypadłości. Wiemy, że jak w powietrzu zaczyna unosić się aromat starych mokrych petów to zapowiadają się problemy. Wiemy, że mamy prawo decydować o tym co najlepsze dla naszego dziecka. Wiemy, że mamy prawo nie zgadzać się z wszystkimi. Wiemy, że warto rozmawiać. Wiemy, że mamy prawo być nie tylko rodzicami Lilki.

Wiemy co robić żeby nie zwariować.

Chcecie poznać nasze patenty?