Protest. Matka. Maj.

Kiedy ostatnio pisałam zarzekałam się, że o proteście pisać nie będę. Nie bo nie i już. No ale tylko krowa nie zmienia zdania a mi się dosłownie już ulało.  No ile można? Protest trwa w najlepsze i zanosi się, że będzie trwał…

2014

Kiedy rodzice protestowali w 2014 roku bardzo ten temat był mi bliski, angażowałam się, przezywałam i spaliłam. Dotarłam do drugiego dna i to zabolało. Bo nikt nie lubi być wykorzystywany. Zwłaszcza gdy walka toczy się o coś bardzo ważnego i tak delikatnego.

Matka

To ile kosztuje bycie mamą niepełnosprawnego dziecka nie łatwo opisać, nawet wyliczyć. Bo to nie ma ceny. Mamą się jest. Jedne mają łatwiej inne trudniej. I tyle. Nie ma co dyskutować. Tak samo jak dyskusje o tym, które dziecko jest bardziej czy mniej niepełnosprawne. Które wymaga czego i ile. Wiadomo nie ma dyskusji, że są różne rodzaje i stopnie tej niepełnosprawności. Dla matki jej dziecko będzie zawsze najważniejsze. Tak bardzo, że drugiej potrafi nawet nóż w plecy wsadzić bo o zwykłym podkładaniu świń nie ma nawet co pisać.

To ona pierwsza dostaje obuchem w łeb kiedy rodzi niepełnosprawne dziecko. Kiedy słyszy diagnozę. To ona ma ochotę wyskoczyć przez okno. Bo spier… sprawę.

No powiedz, że tak nigdy nie pomyślałaś? 
Jak nie to gratulację. Ja myślałam. Że ja, my. 
Dopiero po czasie przyszło, że nie nie to niczyja wina. 
Jest jak jest.

To na nią najczęściej w dużej mierze spada cały ciężar opieki. I jeszcze musi walczyć. Nie dość, że musi codziennie walczyć o kupę, siku, każdy ruch, dźwięk czy uśmiech. To walczy o pieluchy, o wózek czy leki. Musi wiedzieć gdzie zapukać i ładnie się uśmiechnąć a gdzie bez wydarcia „ryja” się nie da. Musi wiedzieć jak uprawiać „kreatywne żebractwo”. Musi mieć natchnienie, by wymyślać coraz nowsze hasła reklamowe na kampanie „1%” albo „musimy kupić nowy wózek, koncentrator czy operację”. Musi wiedzieć w której aptece mają tańsze podkłady a w której polprazol mają w promocyjnej cenie i jaka firma robi witaminę D w proszku.

2zł/h

I nie może pomalować sobie nawet paznokci czy tego „ryja” bo przecież nie jest już kobietą… jest matką… ba matka niepełnosprawnego dziecka… I jeszcze raczy się uśmiechać? Wakacje? Jaka wakacje? Ale, że po co? Nie pracuje przecież. Siedzi w domu. Dostaje kupę kasy i jeszcze pyszczy bo jej mało? No kupę taką, że o hohoh… chciałbyś pracować za 2zł/h? W permanentnym stresie? 24h na dobę? Bez przerw, wakacji czy nawet L4 gdy ci migrena łeb rozwala albo gorączka i grypa nie dają za wygraną? Lubisz być orzygany o 3 nad ranem i to nie dlatego, że wracasz z imprezy w ululanym kumplem?

Zostajesz? Zamieniamy się?

Proszę. Zamieńmy się! Ile dasz radę? Pół dnia? Dobę? Gratuluję! To ja idę do kina! Marze o wieczorze w kinie z mężem. Deadpoola właśnie grają. Chociaż w sumie to bez sensu. Szkoda kasy. Pewnie i tak po 20 min, jak dobrze pójdzie, usnę.

Wierz mi, że kiedy moje dziecko śpiewa w swojej odmianie angielskiego albo próbuje fit gołąbków czy pije ulepek znanej firmy produkującej napoje ciesze się jakby stanęło na księżycu. I choć dostaje ku$%^wicy kiedy rozdrapuje zakrwawione rany by coś poczuć albo wije się i nie chce współpracować podczas rehabilitacji za którą bulę kupę hajsu to cieszę się, że mogę. Że jest. Zawsze mogłabym być fit maupą w szpilkach na kierowniczym stanowisku w pachnącej nowością ekskluzywnej klinice z pełnym zer kontem bez czasu dla rodziny albo co gorsza bez tej rodziny. Dobra przyznam się tych obcasów najbardziej mi brakuje czasami :-p Do wózka słabo pasują!

2018

No ale przecież się w dupach przewraca.  500 zł. No kupa kasy. Szczerze. Nie chce. Co mi to da? Podwyżkę cen masła? Benzyny? Chleba? Whatever coś znajdą. Ktoś musi zapłacić. Wiadomo zapłacą najsłabsi znów. Bo raz, że zostawią w sklepie a dwa dostaną po „ryju” od reszty. Bo oni dostali a my musimy płacić. Szczerze wolałabym dobrych terapeutów, który potrafią pracować z moim dzieckiem. Kompetentnego lekarza, któremu nie musze mówić jak wypisać receptę czy świstek na pieluchy czy cewniki. Opiekunkę, która potrafi zająć się moim dzieckiem. Parę godzin wytchnienia, za które nie musze płacić kupy złotówek. Dobrego wózka, który nie jest droższy niż moje auto. Wsparcia kiedy dowiaduję się, że moje dziecko nie ma świetlanej przyszłości przed sobą. Wolności,  możliwości wyboru, spokojnego jutra.  A nie bycia ciągle olewanym, równanym z panem pod budką albo za kratkami… ba oni mają czasem lepiej.

A miałam nie jęczeć. Pokazywać pozytywną stronę naszego życia. No ale… mam nadzieję, że rozumiecie… Czasem kiedy tak siadam do tego komputera i czytam o tym wszystkim co się dzieje w Polsce mam naprawdę serdecznie dość… Tylko pytanie: Permanentny Śnieg czy Prażące Słońce wybierać? Bo za chwilę nie będzie wyboru żadnego…

 

Koniec.

Od paru dni żyję historią małego chłopca mieszkającego w Wielkiej Brytanii. Ziemi Obiecanej dla wielu Polaków. Dla wielu ludzi. Ale nie dla tego chłopca. Nie dla Afiego Evans. Dla niego jego ojczyzna to więzienie. Celą śmierci jest sala szpitalna.

#saveAlfieEvans

Alfie Evans leży w liverpoolskim szpitalu z nierozpoznaną chorobą. Jest “w śpiączce”.  Szpital twierdzi, że “w najlepszym interesie” chłopca będzie odstąpienie od dalszego leczenia.  Rodzice się na to nie zgadzają, więc szpital pozwał rodziców o odebranie im praw.  Przy łóżku chłopca dzień i noc stoi policja, żeby rodzice nie mogli “porwać” swojego synka na leczenie do innej instytucji medycznej. Nie do znachorów, jasnowidzów czy innych cudotwórców. Do innego prestiżowego szpitala. Na Alfiego czeka miejsce, a nawet gotowy jest cały czas transport medyczny do rzymskiego Bambino Gesu. A inne europejskie szpitale również otworzyły drzwi dla niego. Na poniedziałek była zaplanowana wręcz „egzekucja” dziecka. Miał, po ekstubacji ( czyli usunięciu rurki intubacyjnej),  otrzymać leki używane przede wszystkim podczas znieczulania. Leki które nie mogą być podawane bez wsparcia oddechu i kontroli parametrów życiowych. Leki które podane w nieodpowiednich dawkach potrafią zabić. Na szczęście Alfie, po interwencji m.in. papieża Franciszka, otrzymał włoskie obywatelstwo co dało mu czas. W godzinach wieczornych został ekstubowany. Nie został podany mu tlen. Nie podano mu płynów. Nie prowadzone są żadne czynności medyczne względem tego dziecka. Dopiero po dramatycznych prośbach rodziny został nawodniony niewielka ilością wody i otrzymał tlen. Oddycha samodzienie. We wtorek odbyła się kolejna rozprawa, na której ten sam sędzia co dotychczas, ponownie nie zgodził się transport dziecka do Włoch.

Alfie przez większą część swojego życia wspomagany był 
przez respirator. Żywiony przez sondę. Alfie ma prawie 2 lata. Nie została mu założona tracheostomia ani gastrostomia.Nie został wypisany do domu i objęty opieką paliatywna czy hospicyjną w domu. Przez cały czas przebywa w swojej "celi śmierci" w szpitalu. A tam nie chcą już dłużej mu pomagać. Zdjęcia publikowane przez rodzine są druzgoczące. 
Nie zmieniana przez miesiące sonda. Pleśń w rurach respiratora. Dziecko w przemoczonej piżamie. Szczerze nie wiem jakim cudem nie zabiło go chociażby zakażenie szpitalne.

#eksperci

No ok. Rozumiem. Lekarze podobno wiedzą co robią. Są ekspertami. Wiedzą co robią. Oni wiedzą jaki jest stan chłopca. Nie chcę dyskutować z diagnozą. Nie znam dokumentacji medycznej. Nie wiem tak naprawdę jakie są podstawy medyczne do odstąpienia leczenia. Ale nie rozumiem dlaczego nie może zostać wypuszczony chociażby do domu? Ile jest dzieci w domach z śmiertelnymi diagnozami. Ile jest dzieci prawdopodobnie w gorszym stanie klinicznym i są w domach. Opiekują się nimi rodzice. Dlaczego nie może umierać ( o ile w ogóle to ten czas) otoczony miłością i spokojem. Dlaczego to rodzice nie mogą o tym decydować? Nie wiem czy jest jakieś drugie dno tego wszystkiego? Ale nie wyobrażam sobie siebie w takiej sytuacji. Nie chce musieć sobie wyobrażać. Ani jako mama ani jako pielęgniarka.

#standardy

Rozumiem, że wszyscy jesteśmy tylko ludźmi. Jestem przerażona jak sobie pomyślę co tam na tym oddziale się dzieje. Jak ten personel musi być zaszczuty. Nie chcę wierzyć, że robią to o tak bo tak myślą. Wierzę całym sercem, że im jest tam tez ciężko. Ba nawet śledząc informacje pojawiają się podpowiedzi od personelu szpitala co gdzie i jak, np. gdzie jest dostęp do tlenu w szpitalu. Czy nawet umierającemu nie można podłączyć tlenu aby mu ulżyć? Czy nie można podać płynów? Nie znam brytyjskich standardów opieki. Owszem wiem, że wszystko właśnie o te standardy tam się opiera. Ba a gdzie standard opieki paliatywnej? Od kiedy o standardach medycznych decyduje sędzia? Wiem, że standardy są potrzebne. Sama o nie zawsze walczyłam. Sama tworzyłam procedury. Prowadziłam badania nad jakością opieki na takich oddziałach. Ale na litość boską jest coś poza tym. Naszymi pacjentami są ludzie. Prawdziwi z krwi i kości. Nie z złotówek czy funtów. Doskonale jako mama wiem, że jak się chce to można. I nawet te złotówki nie są ważne. Ważne jest życie. I już zawsze będę wdzięczna, że te pieniądze nie stanęły na drodze mojemu dziecku kiedy ich najbardziej potrzebowało. Że znalazł się lekarz, który postawił wszytko na jedną kartę. Myślał o życiu a nie o kalkulacjach. Wierzył w swoją wiedzę i swoje doświadczenie. Przeciwstawił się kolegom po fachu i ocalił nasza córkę. Dał jej szanse! A ona ją wykorzystuje każdego dnia jak tylko może!!

#Strajk

Pomimo różnych, nie ukrywajmy czasem dyskusyjnych, kompetencji osób, które opiekowały się Lilianną podczas różnych pobytów w szpitalach opieka/ pielęgnacja jako taka zawsze była na dobrym poziomie. Ba nie było problemu nawet na intensywnej terapii abymśmy uczestniczyli w tej pielęgnacji.  Byliśmy zachęcani do tego. Uczeni. Przygotowywani do opieki w domu. I nie tylko my.

Bo u nas w Polsce tak to jest. Cały ciężar opieki spada na rodzinę. Czy to źle? Nie. Bo rodzina to naturalne miejsce każdego z nas. Jedynie ta  pomoc instytucjonalna mogłaby być lepsza. Ale o to również musimy walczyć. Nie tylko o dziecko. I pewnie teraz odezwą się ludzie, którzy powiedzą. No nie to właśnie dlatego takie dzieci nie powinny żyć. Kosztują. Każde kosztuje. Zdrowe czy chore. Każde ma inne potrzeby. Każde jest istotą. Życiem. A choroba, wypadek może przyjść w każdej chwili. Nie znasz dnia ani godziny. Nie będę się rozpisywać o strajku, który właśnie trwa. Obawiam się, że to bardzo polityczne zagranie. Tak naprawdę z każdej strony…niewiele da.. albo wręcz odwrotnie… zaszkodzi tym, którym pomóc miał z nazwy.

#my

Jestem kłębkiem emocji. Nie potrafię pojąć tego co dzieje się w Liverpoolu. Wracają najgorsze chwile Lilkowej walki. W głowie kłębią się pytania. Emocje. Ile to szczęścia w tym wszystkim tak naprawdę mamy. Jak jesteśmy wdzięczni za to co mamy. Ile mieliśmy i mamy szczęścia. Ile jeszcze przed nami. Jak będzie. Co będzie. Kiedy?  Wracają pytania o przyszłość.

Zatrzymajcie się dziś na chwilę. Pomyślcie ile macie szczęścia. Pomyślcie o małym Elfim. O tych wszystkich dzieciach i ich rodzinach które walczą. O tych, które już nie mogą walczyć a muszą zaczynać od nowa. Przytulcie swoje dzieci.  I bądźcie tu i teraz.  

I przyjmijcie moc buziaków od Lili:

 

Chcę mieć wybór!

„Czasami otwierasz oczy i nie wierzysz ze dasz radę kolejny dzień to wszystko ogarnąć. Czasami otwierasz oczy i zastanawiasz się jak to możliwe że już trzeba wstać. Czasami nie otwierasz oczu bo nie zdążyłaś jeszcze ich zamknąć. Mamy tak mają.”  A. K.

 

Codziennie rano wstaje i myślę jak będzie wyglądał mój dzień. Planuję. Lubię jasno wiedzieć co mnie czeka. Robię sobie listy. Odhaczam wykonane zadania. Planuję. Od zawsze.

Prawie nie słucham radia. Prawie nie oglądam telewizji. Żyje pod kameniem.

Jestem mamą. Mamą wyjątkową. Bohaterem. Kobietą. Najbardziej na świecie nienawidzę jak ktoś decyduje za mnie.

Nikt się mnie nie pytał czy chce zostać tym bohaterem w swoim domu. Ktoś gdzieś zdecydował za mnie. Ok. Rozumiem. Genetyka.  Coś było na studiach. Coś tam pamiętam i wiem jak to działa.

Ale  mało kto to bohaterstwo ma we krwi. Ja napewno nie. Fakt nie marzyłam nigdy o zawrotnej  karierze. Marzyłam o spokoju. Marzyłam o dużej rodzinie. Wiedziałam, że to nie jest bajka. Że to wiele nieprzespanych nocy. Ospa. trzydniówka. Przedszkolne bale. Pierwsze złamane serca. Studniówki. Wnuki…

Ale nigdy nie przyszło mi do głowy…

Że do końca życia będę czuwała co noc sprawdzając czy moje dziecko wciąż oddycha.  Że do snu będzie mi przygrywał dźwięk rodem z sali intensywnego nadzoru. Że będę sikać przy otwartych drzwiach by słyszeć czy zdążę przed kolejnym napadem. Że nie będę umiała pomóc własnemu dziecku ulżyć w bólu. Że przez całe życie będę zmieniała pieluchy które ni jak nie przypominają maleńkich słodkich pieluszek noworodka. Że będę musiała zmierzyć się z fizjologią wyprzedzającą o dekady rozum. Że każdego dnia będę rozgniatała, mieszała, odmierzała tony tabletek i syropów. Że będę żebrała o procenty by na te leki mieć. Bo nie będą to te procedury za które mi płacą. Że nie będzie to moją pracą zawodową. Bo jej już nigdy mieć nie będę. Że nic już nie będzie tylko moje i dla mnie. Że niektórych przyjaciół nie będzie. Bo nie udźwigną. Że jak nagle serce stanie zostane z niczym. Że świat się skończy. A ja dla świata.

Że nie będę mogła liczyć na pomoc tych którzy tą pomoc obiecują. Że będę musiała tak zmieniać te pieluchy żeby ich starczyło bo limit jest taki a nie inny. Że jeżeli będę chciała, wróć będę miała siłę, walczyć to muszę liczyć tylko na siebie i najbliższych. Że wsparcie i pomoc to utopia. Że nikt nie będzie potrafił nam wskazać drogi. Że będzie trzeba walić w wiele drzwi i wybijać wiele okien. Że będę tak bardzo się cieszyła, że mam taki a nie inny zawód bo zaoszczędzę wiele na opiece. Że żeby odetchnąć będę musiała liczyć tylko na męża bo o opiece wytchnieniowej to za morzami słyszeli. Że jak zechce iść do kina to najwyżej na My Little Ponny.  Że z zazdrością będę patrzyła jak walczą za morzem żeby z dobowej pomocy nie zabierali im paru godzin. Że będę musiała wstydzić się tego co mam choć pracowałam od 19 roku życia na paru etatach na to. Że byłoby najlepiej jakbym ubrała worek pokutny i przepraszała, że mam takie a nie inne dziecko. Że to, że w sumie kocham moje życie i chce się nim cieszyć będzie źle odbierane.

Nigdy nie myślałam…

Że będę drżała na samą myśl  o przyszłości mojego dziecka. Że wiedząc, że kolejnej ciąży mogę ja albo dziecko nie przeżyć będę się bała przytulić do męża. Że będę drżeć na myśl o dorosłości mojego dziecka. Że nie będę chciała oglądać telewizji. Że nie będę chciała słuchać radia. Że nie będę chciała słuchać co potrafi dziać się za murami różnych instytucji, które mają dać opiekę i wsparcie osobom, które jej potrzebują. Że nie będę potrafiła przeżyć kolejnej ciąży niepokalanie poczętej w takim miejscu.

Nienawidzę jak ktoś mi mówi co mam robić. Lubię mieć wybór. I choć nie popieram wielu rozwiązań. I choć boję się tego co i w jakim celu jest wykorzystywane. I choć polityka dla mnie to bagno. Nie chcę musieć bać się każdego dnia. To co już mam i to o co bać się muszę już mi wystarczy.

Chce mieć wybór.  Ja i moja córka!

 

 

 

Jak nie zwariować. Endorfiny.

 

Tak jak dzisiaj mi się nie chce to po prostu jest nie do opisania! . Słońce tak pięknie świeci. Normalnie wiosna. I w sumie gdyby nie to, że Lilka chora a Maciej w Wielkim Mieście to może bym wstała i poszła biegać?!  No i to -14. Tylko, że mi się taaak nie chce. Często tak mam ;-p A ty?? Ale wtedy przypominam sobie jak fajnie jest po. Jak już pobiegam czy poćwiczę albo zwyczajnie pospaceruje jest łatwiej. Tak to kolejny sposób na to jak nie zwariować!  Endorfiny!

Endorfiny to hormony szczęścia – odpowiadają za lepsze samopoczucie, uczucie przyjemności i dodają energii.

Ekstra tylko skąd je brać?

W naturalnych warunkach produkuje je każdy z nas. Wytwarzane są w przysadce mózgowej i rdzeniu kręgowym. Są endogennymi opioidami. Potrafią działać cuda:)

I całkiem prosto można naszym organizmom pomóc podnieść ich poziom w organizmie. Oto one:

Ta czarna kropka przed nami to tata. Kiedyś go dogonimy. Fajnie się biega samemu ale razem też jest wesoło!

Aktywność fizyczna. Kiedy mieszkaliśmy w mieście uwielbiałam biegać wczesnym rankiem. Raz, że najczęściej tylko wtedy mogłam, dwa ta cisza i spokój która panuje o poranku działa jak balsam. A już najfajniej było w niedzielę rano. Fajnie biegało się z sąsiadką bo wtedy miałyśmy najczęściej najzwyczajniej czas na plotki. Czekam na wyższe temperatury i wracam do produkcji hormonów szczęścia w ten sposób. Choć świetnie czuję się biegając w niskich temperaturach takie jak dziś przerażają. Ja nie wiem co roku mówię, że zainwestuje w odpowiednią garderobę ale jakoś zawsze nie wychodzi. Teraz najcześciej jednak wspieram się innymi metodami. Ale też wtedy gdy Lilka ma trudniejsze chwile i nie mogę wyjść z domu. Musze być blisko. I wtedy fajnie sprawdza się rower stacjonarny.  Polecam również trening z piłką ( podkradam Lilce tą taką rehabilitacyjną;-p). Super są też te dni kiedy jedziemy z Lilką na rehabilitacje na basenie.  Wtedy najlepiej czuję, że mam mięśnie. Ale pracę w ogródku też tu dopisuję.

Co mi to daje? Endorfiny! Spokój. Oderwanie się od wszystkiego.  Siły! Chwilę, kiedy nikt niczego ode mnie nie chce! Chyba dla tego jednak bieganie najfajniejsze. Wkładam buty na nogi, słuchawki w uszy i w pole! I choćby miało to być 15 minut daje wiele! I to nie jest bieganie wyczynowe. To mój rytm, moje tempo. Na olimpiadę nie pojadę ale swoje wygrywam. Tylko czasem, a nawet często, muszę najpierw z sobą powalczyć niestety. Zwłaszcza zimą.

I jak tu nie odpoczywać?

Bo wiem, że są też inne metody na podniesienie poziomu endorfin.

Taniec – pobudza zmysły i mózg, który wytwarza endorfiny pod wpływem ruchu. To w sumie aktywność fizyczna ale ma trochę więcej „plusów dodatnich”. Kiedy tańczymy zwłaszcza z kimś  dzięki przyjaznemu dotykowi, oprócz endorfin wydzielają się oksytocyna, serotonina, dopamina. Muzyka także oddziałuje na nasze mózgi. Dzięki niej czujemy się szczęśliwi i nastawieni pozytywnie do świata. Taniec dodatkowo pomaga w odchudzaniu i akceptacji własnego ciała. Czasami z Lilką włączamy muzyczkę na cały regulator i szalejemy. Tak jak nas muzyka niesie. Znaczy się tańczymy.  Kto to widział niech sobie lepiej nie przypomina teraz ;-p

Seks. Podczas aktu płciowego w naszych mózgach dzieje się magia.  Hormony szczęścia działają na nas pozytywnie i są naturalnym antydepresantem. I choć to sprawa, która bardzo często spada zupełnie na dalszy plan w rodzinach z niepełnosprawnym dzieckiem może warto o tym pamiętać i pielęgnować? Nie tylko ze względu na endorfiny. Ale to kiedyś…

Prysznic. Najlepiej raz zimny, a raz ciepły bo pobudza krążenie oraz dotlenia mózg. Przyczyni się nie tylko do lepszej pracy mózgu, ale i dobrej kondycji ciała. Cellulity i te sprawy na przykład. Dobrze jest zawsze zakończyć kąpiel takim zimnym prysznicem. Kiedyś nie lubiłam. Raczej wolałam się gotować w wrzątku. Teraz szukam odwagi na kąpiel w jeziorze nie koniecznie latem.

śmiech + wspólne głupotki = endorfiny

 

Śmiech – Dobry kabaret, komedia zawsze w cenie. Dobre towarzystwo. Gilgotki ( to uwielbia zwłaszcza Lilka). To wszystko wywołuje uśmiech na twarzy i pobudza endorfiny. Ostatnio popłakałam się prawie ze śmiechu oglądając to KLIK .

Twarz. Takie proste a jak skuteczne. Rozluźnij czoło, tak aby zniknęły zmarszczki i rozciągnij brwi. Odpręż się. Postaraj się przez dłuższy czas utrzymać gładkie czoło, ponieważ jest to sygnał do mózgu, że jesteś odprężony.  A jak połączysz to z Medytacją/ treningiem autogennym sukces jest murowany. I nie wpływa na dodatkowe kilogramy.

No i te gorzej wpływające na figurę:

Banan. Śledź. Owsianka.  Zawierają magnez, witaminę B, kwasy tłuszczowe omega-3 i inne substancje pobudzające organizm do produkcji endorfin. Owsianka zawiera węglowodany złożone, które przyczyniają się do podniesienia cukru we krwi i dodają energii, a jednocześnie poprawiają nastrój. Ale nie ma jak  Czekolada – podobno po zjedzeniu kawałka (nie koniecznie zaraz całej tabliczki) w naszym mózgu pobudzają się endorfiny. Przeciwdziała depresji i pobudza hormony szczęścia.

 

I oczywiście co najważniejsze. Umiar. Złoty środek. Wszytko w naszych granicach. Nic na siłę. Wszytko musi dawać nam komfort. Wszystko uzależnione jest od naszego stanu zdrowia. No i lepiej dawkować endorfiny małymi dawkami ale regularnie.

To co wy wybieracie na dziś? Albo jakie macie swoje patenty na podniesienie poziomu endorfin?

Jak tylko Lilka wstanie idziemy tańcować. A potem może smażone banany?

Pięknego niedzielnego popołudnia!

 


 

 O innych patentach na to jak nie zwariować możecie poczytać:
 

Polecam. Tuli tuli.

„Tuli tuli Mama! Tuli tuli Tata! Tuli tli! Tuli tuli! „

Tuli mama. Tuli tata. Cieplutko milutko fajniutko!  Uwielbiamy się tulić! Lilka ma teraz etap bardzo tuli tuli. Słowa te czasami słyszymy cześciej niż cokolwiek innego. Nie tylko tuli tuli jej się podoba ale same słowa również chyba:-p

Tulimy się od zawsze. Tulenie jest dla nas jak oddychanie. Potrzebujemy go każdego dnia. I nie chodzi tylko o przytulanie Lili „bo to dziecko i ma prawo”. Ale i o nasze przytulanie. Od zawsze najbezpieczniej czuje się „pod paszką” Maćka. To taka przystań w której choćby nie wiem co zawsze jest schronienie. Lilka uwielbia zasypiać wtulona w nas. Uwielbia siedzieć nam na kolanach czy po prostu blisko przy nas. Nawet teraz jak piszę do Was te słowa leży koło mnie i smacznie chrapie. I tu znów wraca argument wspólnego spania ;-D  Ona wie że jestem przy niej. Czuje się bezpieczna. A ja mam chwilkę, żeby coś naskrobać tutaj. W sumie to patent, który śmiało można dopisać do listy pt. Jak nie zwariować.

Wspomnień czar…

Tulenie ratowało nas od pierwszych chwil. Jak ktoś się zapyta o okres niemowlęcy Lilianny odpowiemy zgodnie: chusta i Sade. Chusta i noszenie Lilki uratowały nam wtedy …pupy. Czasem i teraz by się przydała… Tylko te kilogramy…

Amerykańska psychoterapeutka Virginia Satir uważała,
że „by przeżyć, trzeba nam czterech uścisków dziennie. 
By zachować zdrowie, trzeba ośmiu. 
By się rozwijać – dwunastu."

To w sumie my powinniśmy być zdrowi jak ryby ;-p

Nie ale całkiem serio. Z takiego naukowego wręcz spojrzenia coś w tym jest. Przytulanie to dotyk. A dotyk to  nasze pierwsze narzędzie kontaktu ze światem.  Już około ósmego tygodnia życia płodowego wykształca się nam ten zmysł. Dotyk  jest  kluczowy dla niemowlaka kiedy poznaje świat.  Dziecko głaskane i przytulane uspokaja się, a mając poczucie bezpieczeństwa, otwiera się na świat.

Badacze przeprowadzając eksperymenty nad dotykiem oddzielali młode szczury od matek. A one zaczynały wydzielać mniej hormonu wzrostu. Stan ten wracał do normy, gdy uczeni głaskali szczurki wilgotnym pędzelkiem.  Z  badań przeprowadzanych na małpach wiemy, że im szło znacznie gorzej. Pozbawione dotyku w dzieciństwie nie potrafiły później odnaleźć się w stadzie. Były „głuche na emocje”.

Jeszcze do lat 50 XX wieku przecież powszechnie uważano, że ssakom naczelnym wystarczy zapewnić pożywienie aby się rozwijały. Na szczęście w toku badań naukowych wielokrotnie tę tezę udało się obalić. Choć znam niestety ludzi, którzy nadal tak uważają. 🙁

Tyle szczęścia

Dotyk jest niezbędny nie tylko do rozwoju, ale w ogóle do życia.

Jako pierwszy zaobserwował to zjawisko węgierski psychiatra Rene Spitz. To on porównywał rozwój dzieci w żłobkach więziennym  i z ochronki prowadzonej przez siostry zakonne.  W tym pierwszym miejscu dzieci miały kontakt ze swoimi matkami, w tym drugim siostry ograniczały się tylko do podstawowych czynności pielęgnacyjnych jak karmienie czy mycie, ale w ogóle ich nie przytulały. Śmiertelność w tym ostatnim zakładzie była druzgocąca: umierało co trzecie dziecko, podczas gdy w więziennym żłobku ani jedno. Jedyną zmienną był dotyk. Prowadzone przez kolejne dziesięciolecia badania pokazały, że nietulone dzieci gorzej przybierają na wadze i są zdecydowanie mniej odporne niż ich tuleni rówieśnicy.

Tak w sumie zastanawiam się czy w trakcie studiów uczono i zwracano nam na to uwagę. Na dotyk. Zwłaszcza, że zawód pielęgniarki to dużo dotyku. Nie zawsze miłego. Cóż nie specjalnie pamiętam spojrzenia z tej strony która opisuje ale może byłam wtedy chora? ;-p A może nie było.

Szpitalne tulasy

Jedno jest pewne, kiedy Lilka leżała na intensywnej terapii tam zachęcano nas do bliskiego kontaktu. I choć lęk i strach, który nas przygniatał utrudniał to były to chwile na które bardzo czekaliśmy. Trzymanie Lilki za rękę.  Codzienna toaleta wykonywana przez rodziców. A potem kiedy było lepiej pierwsze przytulasy na kolankach. Do dziś pamiętam uczucia jakie temu towarzyszyły. Do dziś pamiętam jak było mi trudno po tych ledwie paru minutach odłożyć ją do łóżka.  Więc, jeżeli ja przespałam te zajęcia to mam nadzieję, że te kolejne pokolenia już uczą się jak to ważne. Jeżeli nie to mam nadzieję, że bedą miały tyle szczęścia, że nauczą się tego w pracy po prostu. Bo nie na każdym oddziale ma się tyle szczęścia!

A jak to możliwe, że dotyk czyni takie cuda?

To oksytocyna, tzw. hormon miłości. Oksytocyna sprawia, że czujemy się szczęśliwi i bezpieczni.  Bardzo oględnie mówiąc oksytocyna daje ukojenie. Bez tego mechanizmu nasze ciało byłoby w ciągłym stresie, który może prowadzić do śmierci. Oksytocyna  obniża poziom kortyzolu czy ciśnienia krwi., działa też rozluźniająco i przeciwbólowo. Dotykanie czy masaż jest metodą terapii stosowaną w wielu schorzeniach.

I myślę o czymś jeszcze. O naszym świecie. Tu teraz. O rozwoju techniki. O ciągłym wyścigu szczurów. O pogoni za pieniądzem, sukcesem i nie wiadomo czym jeszcze. Myślę o tych dzieciach, których rodzice nie mają czasu a czasem zwyczajnie sił aby usiąść i przytulić albo sami nie chcą się przytulać bo nikt ich specjalnie dużo nie przytulał. I myślę tu o  autystach, którzy nie tolerują dotyku. I o tych wszystkich dzieciach w domach dziecka, których nikt nie ma czasu albo i chęci przytulać. I myślę wtedy też o Tuli Luli Fundacji Gajusz.  I myślę o tym co dziś rano napisała mi pewna mama na instagramie. I myślę i myślę… i chyba już nie mogę. Boję się, że wybuchnę.

Idę się poprzytulać.

A Wy znajdźcie dziś trochę czasu i poprzytulajcie się!

Polecam!!

I jeszcze parę naszych tulaśnych wspomnieniowych fotek wam zostawię co bym gołosłowna nie była. Aktualnych najwięcej na insta i FB. Zapraszamy!